Bardzo dziwny król


Czyli projekt facebookowy (zbetowała zosia11)

14.02.2013 - 3.08.2013



Był sobie raz bardzo dziwny król, który zjadał żywe węże. I umarł. Chociaż nie, to nie do końca było tak. To znaczy owszem, umarł, ale to było potem. Król ten władał krainą siedmiu gór, siedmiu rzek i siedmiu lasów*. Wielu nietypowych wędrowców gubiło drogę, całkiem irracjonalnie, próbując ominąć tę krainę. A byli to wędrowcy zaiste dziwaczni bardziej nawet niż sam król. Dlatego też nie dziwiło ich zbytnio to gubienie drogi i zwykle nie szukali szlaku powrotnego – coś im podpowiadało, że tam, gdzie zmierzali pierwotnie, i tak nie czeka ich nic dobrego. Nic dziwnego, że zostawali w krainie siedmiu gór, rzek i lasów na zawsze.
Czarownik plasował się gdzieś w trzeciej, może czwartej dziesiątce nietypowości zagubionych wędrowców według Standardów Typowych Opowieści. Dość szybko dotarł do zamku (właściwie jak każdy, kto zabłądził w tę nieprzyjazną krainę, więc to chyba nic dziwnego). Król i królowa przyjęli go w swoim królestwie bardzo ciepło – tych dwoje zdawało się, z jakiejś przyczyny, niezwykle szanować czarowników.
– Każdy gość nas cieszy – odparł na niezadane pytanie król, uśmiechając się samymi wargami.
Czarownik poprawił czarną szatę wyszywaną w gwiazdy (Standardowe Wyposażenie Maga wg katalogu Modny Czarodziej) oraz zupełnie niepasujący do niej, czerwono-fioletowy spiczasty kapelusz; i, wystukując swym niepraktycznym kosturem (który nie robił niczego magicznego, ale był cool) niespotykany rytm, odrzekł:
– Bywają odpływy w przypływach wdrążnych.
Król uśmiechnął się tajemniczo, zdając się doskonale rozumieć, o czym mówi starzec, i podał ramię królowej.
– Chodźmy. Już czas – uznał, wstępując na ciemnoniebieskie schody zamkowego dziedzińca.
Staruszek podążył za nimi, a schody mieniły się barwami, gdy stykały się z poczerniałym drewnem jego kostura. Po chwili jednak wracały do swej naturalnej, pięknej barwy...  No dobrze, właściwie to trochę innej, ale kto by zauważał takie drobiazgi.
– To piękny zamek – orzekł, tym razem bardziej zrozumiale.
Król znów uśmiechnął się tajemniczo, czego oczywiście idący za nim mag nie zauważył. Królowa uśmiechnęła się również. Zdarza się. Tak myśl podwójna przepłynęła przez umysł maga. Uznał zamek pięknym-nietypowym, ani koronkowości wymyślnej niemającym, ani ceglanoszarym surowym, ani wytwornym; w odcieniach nietypowych, z kamienia szlachetnego, metamorficznego, albo pomiędzy (to zresztą chyba najbardziej właśnie tak by pasowało) raczej. Schody wreszcie się skończyły i zaczęli iść korytarzem.
– No to doszliśmy – oznajmił dość niedbale król, wkraczając do czegoś, co zapewne było jadalnią, choć o dziwo nie zawierało w sobie węży.
– Ładnie tu – odparł mag, nagle jakby onieśmielony.
Sala wydała mu się dziwna – mało wężowa, bardzo w stylu Cardiff. Można nawet rzec: bunkrowa, choć znajdowała się kilka pięter nad ziemią ponad piętrami poprzednimi. Nie było mu jednak dane długo cieszyć** oczu tym widokiem. Został bardzo gwałtownie odepchnięty na bok, przez stos... stosczegośtam, czego nie rozpoznał, niesionego przez... przez coś, trudno mu było powiedzieć co.
– O, przepraszam – odpowiedziało miło, pomagając mu wstać. – Niech pan sobie usiądzie – dodało, jakby to był jego zamek***.
– To nasze dziecko – skłamał bez przekonania król, siadając na jednym z mniej wygodnych krzeseł przy stole. – Zapewne jesteś zmęczony – zasugerował.
– Być może – zgodził się starzec.
– Wkrótce podadzą do stołu, ojcze – Słowa królowej wydały mu się równie tajemnicze jak królewski uśmiech.
I okazały się o dziwo prawdą. A myślał, że zostanie nienajedzony. Podano i nikt już o tym nie wspominał. Nie było tam węży, aby nie zaskakiwać nimi przybysza.
– Sądziłem, że dostanę węże. – Mag był zawiedziony.
Jakże to tak go potraktować, bez węży i odpowiedniej atmosfery piorunogennej wręcz? Westchnął i zabrał się do spożywania obrzydliwie zwyczajnych dla tego typu budynków dań.
– Węże? Jakie węże? – Król poniewczasie udawał głupiego.
Mag postanowił go zignorować i nie wracać na razie do tematu. Kolacja mijała im w spokoju i cichym mruczeniu wydobywającym się z nieokreślonego kierunku. Rozmawiali powoli, od czasu do czasu wypowiadając zdanie lub dwa. Tak było dobrze. Tymczasem coś, będące rzekomo królewskim dzieckiem, przyglądało się znudzone, opierając łokcie o stół. Zdawało się, że zamierza coś wtrącić, pokręciło jednak tylko głową i wyszło jakby zaciekawione nietypowym odgłosem dobiegającym z sąsiedniego pomieszczenia. Król również, zdawało się, chciał coś powiedzieć, ale zaniechał.
– Cóż vięc sprawiło, że tak zacny mag zaszedł w progi naszego królestwa? – wyrwała starca z zamyślenia królowa.
Wydało mu się to dziwne – tubylcy spotykani po drodze mówili mu przecież, że wielu znamienitszych od niego wyruszało do zamku, by złożyć skargę, ponieważ to nie tu zmierzali. Postanowił głośno podzielić się swoimi wątpliwościami.
Królowa zamyśliła się.
– Nie, chyba nie było u nas gościa równie zacnego – orzekła w końcu. – Nieprawdaż, mój drogi? – zwróciła się do króla.
– A jednak – westchnął władca – a jednak, był jeden, czy dwóch takich, moja droga. – Pamiętasz... ?
– Tak, oczywiście masz rację.
– Był też...
– Nie, jego chyba nie możemy uznać, za aż tak ważnego.
Mag przysłuchiwał się tej rozmowie niezbyt uważnie, pogrążony we własnych rozmyślaniach. Powoli zaczynał zapadać w senną półjawę. Zastanawiał się nad smokami i czy tamta księżniczka poradziła sobie ze swoim krzesłem. Smoki jednak były ważniejsze. Zawsze są. Westchnął mimowolnie. Królewska para nie zauważyła nawet, że odpłynął, nadal wspominając swych gości i dyskutując nad ich wielkością. Trudno jednak było nie zauważać coraz częstszego wzdychania czarownika. Bardzo się starali, ale niespecjalnie im wychodziło.
– Cóż cię tak martwi – zwróciła się doń królowa.
– Martwi, moja królowo, martwi mnie martwią. Nie powinienem był gubić drogi, nie powinienem był iść dalej. Właściwie, dlaczego to zrobiłem? Nie rozumiem, coś dziwnego mną kierowało, ale co? No, mniejsza z tym. Teraz będę wieszczył. Chciałem powiedzieć, opowiadał. Zawsze fascynowały mnie opowieściotwórcze. Są dość tajemniczymi stworzeniami. To niezwykłe odczucie zobaczyć je przelatujące nad miastem. Zwłaszcza nocne luminescencyjne przeloty... Chciałbym kiedyś znów taki zobaczyć. Usłyszeć jak krzyczą „Prawda! Sprawiedliwość! Wolność! Miłość w przystępnych cenach! I jajko na twardo! 25 maja – ku czci Johna Keela!” Takie przeloty, one niestety zwykle są zapowiedzią kłopotów. Tak się dzieje, ponieważ opowieściotwórcze odkształcają rzeczywistość. To piękne i przerażające zarazem – niebezpiecznie jest tam wtedy być, ale kiedy już raz się zobaczy, niemożliwym jest tam nie być. Dlatego je śledzę – wyjaśnił mag z jakby przepraszającym uśmiechem na ustach. – I to wywoływało zawsze największe moje kłopoty. Pod najgęstszym opadem samej osnowy opowieści zawsze jest dość nieprzyjemnie. Pyszne ciasteczka. Te wszystkie historie mieszające się ze sobą, walczące o pierwszeństwo, anihilujące się wzajemnie... Ludzie zawsze wzywają maga już po odejściu głównej ławicy, ale ja wolałem być tam wcześniej, wolałem mieć pełny obraz, wiedzieć co z czego wypłynęło, dlaczego powstały takie, a nie inne splątania. Teraz też podążałem za ich ławicą – jedną z większych. Interesujące, że one zawsze wielkim łukiem omijały to królestwo.
Król uśmiechnął się samymi ustami.
– ? – powiedziało szyderczo... dziecko. Mag nie zauważył, kiedy wróciło.
Teraz siedziało tu całkiem bezszelestnie i lustrowało wszystkich wyraźnie oceniającym wzrokiem. Wzdrygnął się i powrócił do przerwanej opowieści.
– Tak, to bardzo dziwne. W swoich wężowych wędrówkach powinny tu zajrzeć. – Czarodziej obrzucił wiele mówiącym spojrzeniem królewską parę. – Tym razem jednak udawały się tam, gdzie rodziły się królewskie córki. Podążałem za nimi już siódmy tydzień, obserwując, sporządzając notatki, wypytując napotkanych wędrowców. Wygląda na to, że gdziekolwiek zatrzymały się na żer, mają tam teraz kłopoty ze smokiem, albo i dwoma. Ja jednak utknąłem tutaj przynajmniej do jutra. – Pokręcił ze smutkiem głową. – Niech bogowie mają w opiece królestwo za siedmioma górami, siedmioma rzekami i siedmioma lasami.
Królowa uśmiechnęła się krzywo; wyglądało na to, że zamierza rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale król nie dał jej możliwości się wypowiedzieć, samemu zadając z jakichś powodów bardzo istotne dla niego pytanie. Pytanie o to, czy smoki są podobne do węży. Uśmiechał się przy tym równie dziwnie, co królowa. Mag odpowiedział, że nie zastanawiał się nad tym nigdy, ale nie, właściwie nie są podobne. Króla chyba ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała, ale postanowił nie drążyć kwestii.
Mag z trudem stłumił ziewnięcie w niezbyt udanej próbie niepokazywania, jak bardzo jest zmęczony. Rozejrzał się jeszcze raz po bunkrowej komnacie. Czy dreszcz, który właśnie go przeszedł, był wywołany panującym tu chłodem, czy też czymś zupełnie innym? Nie wiedział, ale nagle zaczął czuć się niepewnie. Spojrzał na królewską parę – chyba nic nie zauważyli. Spojrzał na... dziecko. Czy raczej spojrzał tam, gdzie jeszcze przed chwilą było... Było? Otrząsnął się. Nie, to... to coś, to chyba tylko jego wyobraźnia. Może to z powodu opowieściotwórczy. Tak wielka gromada potrafiła oddziaływać na naprawdę wielką odległość. Tylko, że... tylko, że one zawsze omijały tę krainę. Zawsze trzymały się z daleka. Dlaczego, dlaczego sam nie ominął jej wielkim łukiem tak jak one? Przecież nawet nie myślał o tym, żeby skrócić sobie drogę. Powstrzymał kolejne ziewnięcie.
– Musisz być zmęczony – odezwała się królowa.
Mag przyznał jej rację.
– W takim razie pójdę dopilnować, aby twoja sypialnia została należycie przygotowana,ojcze – oznajmiła, wstając z iście wężową gracją i tajemniczym uśmiechem na ustach.
Zanim wyszła, obrzuciła jeszcze swojego rzekomego potomka karcącym spojrzeniem. A przynajmniej tak zdawało się magowi.
– Węże to poniekąd smoki – powiedziało dziecko, mieszając palcem w kubku z czymś gęstym, zupełnie nie przejąwszy się niewypowiedzianą reprymendą matki.
Wpatrywało się uważnie w laskę czarownika, jakby oczekując od niej jakiegoś gestu. Ona jednak milczała jak zaklęta****. Przedłużające się milczenie przerwał wreszcie powrót królowej.
– Pójdziemy? – spytała.
Starzec skinął głową i wstał od stołu. Rzucił ostatnie spojrzenie dziwnej bunkrowej sali i podążył za władczynią pałacowymi korytarzami. Postanowił wypytać ją o to dziecko. Intrygowało go, czym naprawdę jest.
Spojrzała na niego zdziwiona.
– Nie ma żadnego dziecka – powiedziała*****.
Jej spojrzenie bardzo wyraźnie sugerowało, że to nie jest odpowiedni rodzaj pytań, więc zaniechał dalszego indagowania. Marzył już tylko o ciepłym, wygodnym łóżku. Królowa otworzyła przed nim drzwi przytulnej komnaty. Podziękował jej za gościnę, starając się nie zważać na jej dziwny, chyba trochę szyderczy uśmiech. „Najwyższy czas na odrobinę snu” pomyślał, kiedy wyszła. Tej nocy jednak nie było dane mu się wyspać. Obudził się unieruchomiony, ledwie kilka minut po zaśnięciu. Ściany pulsowały dziwnym światłem, spomiędzy nich wyłoniła się niewyraźna sylwetka, to chyba był król. „Trzeba było słuchać mistrza, trzeba było pamiętać... Omijaj miejsca, których boją się opowieściotwórcze” pomyślał, czując potworny ból szyi, kiedy nadal niezbyt wyraźna postać pochyliła się nad nim. Próbował rzucać kontrzaklęcia, ale nie potrafił. To coś żywiło się jego magią, przerażeniem, bólem. Pozostał świadomy prawie do końca i to było najgorsze. Już wiedział, dlaczego nikt inny „nie chciał” tak obfitej krainy i dlaczego tak niepokoił go królewski uśmiech, domyślał się czym było tamto „dziecko”, ale nie mógł nic z tym zrobić. Umierał. A król... Król nie umarł nigdy.

KONIEC




* Co dziwne, nikt inny nie chciał krainy tak obfitującej w góry, rzeki... No dobrze, siedem rzek i siedem gór to nie jest dużo. Ale siedem sporych lasów już owszem.
** A może i niecieszyć. Kto wie, co ów konkretny mag owego konkretnego dnia do owej konkretnej sali w owym konkretnym pałacu czuł?
*** Był.
**** Którą swoją drogą była.
***** Nie było. Była tylko halucynacja z niedożywienia i śmierć.