wtorek, 30 września 2014

Deszcz w jeżu

Bo jeż w środku składa się z deszczu. Organy ma tylko tymczasowe, gdy deszcz trochę słabnie, chwilowo prawie się ustalając. Gdy zaczyna padać mocniej w środku jeża nie grupuje się już w organy jak u innych zwierząt, a w organiczne wodne krople, moczące jeża od wewnątrz w ciemności, nakazujące wyjść mu na deszcz i chwytać go w otwarty pyszczek. W ten sposób deszcz w jeżu staje się jednością z deszczem poza jeżem.

Adekwatne wydry są z deszczu na zewnątrz i w środku. Radosne jak tylko wydry potrafią być zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy, woda to więcej niż ich dom. A może wcale ich nie ma i tylko zdaje się obserwującym nadrzeczny nocny deszcz jeżom, że je widzą, jak brykają i wydrzą się prawie niedostrzegalne w deszczu. Może jeże nie chcą być same w swej odmienności, a może wydry naprawdę tam są (nawet jeśli znikną gdy przestanie padać) i wprawiają jeże w deszczu i deszcz w jeżach w jesienną radość.

czwartek, 25 września 2014

Jeż w deszczu

Deszcz jest dobry. Jeże mokną w deszczu. Woda nie powinna tak spadać z góry w dół i moczyć jeży w ich ciepłych przemakalnych swetrach. Bądź jeżem. Moknij w deszczu pośród liści, gnijących jabłek, orzechów, albo trawy. Deszcz jest dobry i mimo że nie powinien padać na jeże i ich moczyć w ich przemakalnych swetrach, jeże go lubią.

Najbardziej lubią go w nocy. Jaskółki i inne chowają się na deszcz, dżdżownice wychodzą na powierzchnię. Jeże czekają aż nikt nie będzie patrzył, a potem wkładają swoje swetry, jak ludzie płaszcze od deszczu i idą moknąć.

Odróżnianie mokrych jeży od mokrych jeży. To zabawa dla zaawansowanych i do zrobienia tylko w deszczu, samemu moknąc. Trzeba poczuć ciężar deszczu i zjeżeć wystarczająco, by moknących jeży nie przestraszyć i móc zagrać w ich odróżnianie od siebie samych.

Bycie mokrym jeżem w swetrze jest prawie tak fajne jak sam deszcz. Grając w odróżnianie, z czasem nauczysz się, jak być mokrym jeżem, a może nawet – jeśli będziesz tego chciał – uda ci się jednym zostać i moknąć w czymś, co nie ma prawa istnieć. Deszcz to zbyt dzikie stworzenie, by się nim stać.

sobota, 20 września 2014

Wzór węża

To nie jest wcale tak łatwo znaleźć węża idealnego. Myślisz sobie, że dobry wąż powinien umieć zjeść słonia, ale czy koniecznie musi, a czy nie mógłby w zamian zjeść żyrafy? Żyrafa ma dłuższą szyję, więc by się fajnie w węża wpasowała, a że nie jest giętka jak trąba słonia to jeszcze by robiła w wężu za prostownik przez te pół roku zanim wąż by ją strawił. Ale czy słoń, czy żyrafa to i tak jest wpasowanie się w węża ogromnie dużego nawet, jeśli to by były tylko słoniowe i żyrafie dzieci. Taki wąż nie nadaje się na wzór.

Dobry wąż nie może być za długi, no chyba, że ogrodowy, to nie tylko będzie syczał, ale i cały ogródek nim podlejesz, ale taki zwykły nieogrodowy to dobry jest w długościach malutkich – mieszczących w sobie, co najwyżej jakieś większe mrówki – i w długościach przeciętnych, które zjedzą mysz, czy innego krwiożerczego królika. Wzór węża to wąż polujący na zUe króliki.

I jeszcze wzór węża musi umieć w matematykę. Niekoniecznie, że liczyć, ale wygiąć się w cyfry i te inne matematyczne znaczki, których nie uczą w szkołach, choć nawet wzorowi węża trudno będzie wygiąć się w to dziwne duże E, ale bez problemu powinien umieć robić trzy jak przewrócony ptak z dziecięcego obrazka, siedem bez tej śmiesznej poziomej kreski i nieskończoność jak znak doskonałości po wieczność gryzącej się w ogon. Nie pytajcie dlaczego musi. Jeśli chce być wzorowym wężem powinien takim być.

piątek, 19 września 2014

Książka: mity o

Czytanie to nie jest czynność skomplikowana, mnie książkę przeczyta kilkuletnie dziecko, część z tych dzieciaków nawet uczy się czytać całkiem sama, i nieistotne czy jestem Dukajem, Dickiem, Arystotelesem, Rowlingową, czy może panią Meyer, dziecko zrozumie mnie bez najmniejszych problemów, ba nawet jak jestem książką naukową pełną terminologii dziecko, które czytać umie – a nie wszystkie umieją, na moje totalne nieprzejmowanie się tą kwestią, nie wymarł całkiem ród analfabetów – to, choć pisana jestem inną polszczyzną dziecko przysiądzie ze słownikiem i przeczyta i będzie wiedzieć, czego jeszcze przed chwilą nie wiedziało. Ale to nie poszerzy mu umysłu i horyzontów w żadnym wypadku, no jakże by miało. Ja nie bawię się w wyobraźnię nieprzestrzenną, koncepcyjną, logistyczną czy strategiczną, nie nauczę cię jak patrzeć na sytuacje konfliktowe i niekonfliktowe z wielu różnych stron, nie poszerzę twojego rozumienia świata, jam jest czystą rozrywką. I nie obchodzi mnie, że „sztuka dla sztuki” is so Młoda Polska i że nawet wtedy była to koncepcja szeroko wyśmiewana.

Nigdy nie jestem obrazowa, obrazowość to mit wymyślony przez badaczy oraz krytyków literatury mający wmówić moim mniej autorytatywnym czytelnikom, iż ja potrafię rozwijać wyobraźnię przestrzenną. Bzdura na resorach moi państwo, ja tylko i wyłącznie opisuję, że ona miała włosy ciemne, a długie i faliste, że on był przystojny co niemiara, a wzgórze było urwiste i opisuję tak dokładnie jak tylko potrafię, dla wyobraźni najmniejszego miejsca nie zostawiając, lecz me opisy są jak przystało nie obrazowe a czytelnika nużące, bo ja muszę zawsze opisać dokładnie każdy liść i nic mnie nie obchodzi, że czytelnik wie, jak liście wyglądają, i że mu do wyobrażenia wystarczy jak postawię w sobie li i jedynie, że to było drzewo. Nicto, że słowa to znaczki, koncept abstrakcyjny, który nijak się ma do ładnej dziewczyny, przystojnego chłopca i wzgórza urwistego – jest napisane, znaczy: nie trzeba już sobie nic wyobrażać. Wyobrażają sobie jedynie ci, którym zostanie pokazane, jak w grach, albo filmie.

Szkoła uczy jak mnie czytać już małe dzieci, o tym mówiłam, ale są tacy – dorośli – którzy twierdzą, że szkoła nie uczy czytania ze zrozumieniem. No proszę państwa, bądźmy poważni. Skoro szkoła uczy swych podopiecznych mnie czytać, to jasnym jest, że czyni to porządnie, tak by wychodzący z niej młodzi ludzie z łatwością potrafili nie tylko przebić się przez najtrudniejsze moje teksty (zwąc mnie do tego literaturą piękną), ale też uczy mnie rozumieć i rozważać na płaszczyznach filozoficznej, światopoglądowej, budowania świata przedstawionego i postaci i wielu, wielu innych czynników, które jakoby mam z sobą nieść. Choć – jako żywo – nie niosę. Nie uczę też ortografii. To jest zadanie szkoły, a nie moje, nawet bardziej niż uczenie czytania, a skoro ona nauczy, to po co ja mam uczyć tego samego po raz drugi? A jak to jest jakaś bardzo zła szkoła, która nie potrafi nauczyć ortografii, choćby posyłała na zajęcia wyrównawcze i wpajała zasady ortograficzne na okrągło: niezawodny to znak, nie że powinieneś czytać więcej, lecz żeś jest dysortografik i jedyny ratunek dla ciebie leży w pracy z dedykowanym zagadnieniu psychologiem, a nie we mnie.

Są też ludzie określający się mianem moli książkowych. Nie dlatego, by mnie kochali (o bynajmniej!), a po temu, by móc snobistycznie wywyższać się nad ludźmi mnie nieczytającymi. Nie wierzcie ich argumentom typu „no bo jak ja mam zbudować więź z człowiekiem, z którym nie mogę porozmawiać o tym, co mnie fascynuje” i innych podobnych w wydźwięku. To tylko zwodzenie interlokutorów, mające maskować zwyczajną potrzebę łechtania swego ego, przez tych tak zwanych moli książkowych, którzy uważają, że ja niosę ze sobą jakąś głębię. Ba! Są pośród nich tacy bezczelnicy, którzy odważają się twierdzić, iż nawet największa grafomania, niesie ze sobą wartość dodaną. Jak oni śmią! Ja nie mam niczego uczyć, nikogo i nigdy. Nie po to mnie wymyślano.

Pamiętaj więc, że ja cię nie nauczę myśleć, choćbyś nie wiem jakie zalążki po temu posiadał. Myśleć musisz umieć sam z siebie. Po mnie sięgaj tylko dla rozrywki.

czwartek, 11 września 2014

Jeleń

Tylko Jeleń ma prawo komentować ten post.


Uwaga, ukryty kontent.


Jeleń szlachetny (Cerveus elaphus). Raczej nie. Ot taki sobie zwykły jelonek mutant (Cervus mutantus).

Ta nazwa, jakkolwiek nie do końca adekwatna obejmuje: Jelenia zamieszkałego wraz ze swoim rodzajem w Europie, pododmianę karzełków (zdecydowanie ten przypadek), które przewędrować i o suchym chlebie i wodzie potrafią ze Szkocji, Korsyki i Sardynii a nawet jelenie z Ameryki Północnej (gdzie nazywa się je jakimś dziwnym słowem na wu, którego i tak nikt o ludzkiej jamie mownej nie jest w stanie wymówić), także do Europy z lubością wędrujące przez sam Pacyfik i Azję, w poważaniu mając wodę, w której zgodnie z fizyką powinny się zanurzyć (i utonąć?).

Podobno samce jelenia mają metr i trzydzieści centymetrów na zbyciu i – co jako żywo stoi za absolutną nieprawdę – jako jedyne posiadają poroża. Nasz Jeleń zdecydowanie ma poroże, pomimo prostego faktu iż nie jest samcem. Naszego Jelenia już wkrótce czeka jednak rozczarowanie, dorocznego gubienia poroża, które – większe i wspanialsze – powróci doń dopiero wiosną. W tym okresie jeleń wchodzi w okres nieprzebytego mroku i przemiany, który zaiste jest najniebezpieczniejszym tak dla Jelenia, jak i dla jego towarzyszy czasem w roku. Często tylko to, że jelenie są nadzwyczaj adaptacyjne, a co za tym idzie wręcz wtapiają się w środowisko, pozwala im ten okres ciemności przetrwać, gdy same stają się jej częścią. Może to środowisko łatwo przystosowuje się do jeleni, które są ciemnością i ciemność im prawdziwym porożem.

Jelenie zamieszkują dziwne krainy, w których rośnie coś, co wygląda jak drzewa, choć wcale nimi nie jest. Tych krain, niebędąc jeleniem, należy się strzec jak ognia. Trzeba tu również nadmienić, że jelenie to drapieżniki, żywiące się ludzkim mięsem, młodymi jeleniami, owcami i trawą. Nie podchodźcie do nich. To pułapka. Już nigdy nie wrócicie do domu.

Wraz z odrastaniem poroży przychodzi czas narodzin młodych jeleni, których sierść w białe plamki wyraźnie oznajmia innym jeleniom „pyszne jedzenie”. Dla ich ochrony matki odprawiają wokół swoich młodych czary i staczają w tym okresie walki z innymi, zbyt blisko podchodzącymi jeleniami. Walki te często kończą się śmiercią jelenich matek. W takim obrocie spraw już tylko siła ich magii może ochronić młode przed zjedzeniem, pozwalając im nie zdechnąć z głodu zanim nie przestaną potrzebować mleka oraz wyrosnąć na krwiożercze bestie.

To było krótkie opisanie jeleni, dla uczczenia Jelenia.

Punkt wyjścia.

poniedziałek, 8 września 2014

Katedra-niewidka

Stajesz za nią i nie widać cię do połowy, choć niestety jest to losowy czynnik i nie masz wpływu na to, którą połowę obejmie pole niewidzialności katedry. Chyba że się położysz, to wtedy nie będzie cię widać wcale poza być może – czasami – składową boczną, jeśli twoja katedra-niewidka okaże się być egzemplarzem wadliwym*. Ale to już nie twój problem, tylko studentów, którzy twierdzić będą, że cię widzą, gdy widzieć nie mogą.

Przechlapane jest być studentem u profesorów wykorzystujących katedry-niewidki. Trzeba udawać, że się nie słyszy, co profesor mówi i nie robić notatek (profesor patrzy zza katedry), a na egzamin należy umieć, bo inaczej dwója. No chyba, że akurat widać górną połowę profesora, to wtedy notatki są dozwolone. Choć – jak wynika z przeprowadzanych eksperymentów – widoczni górnie profesorowie nie wykazują ochoty by wykazać się umiejętnością mówienia. Nie odkryto jeszcze, czy efekt ten wywołuje sama katedra-niewidka, czy też wpatrujące się w zdumieniu w profesora grono studenckie***, jakkolwiek zwykle mija on po opuszczeniu przez profesora rzeczonej katedry, co połączone jest z ucieczką przed studentami. Niektórzy profesorowie mają skłonność do mamrotania wtedy fraz w stylu „Są gorsi niż sowy” i innych równie bzdurnych inwokacji.

Stanowczo odradzamy studentom wchodzenie za katedrę-niewidkę. Taki wybryk skutkować może w najlepszym wypadku natychmiastowym sprofesorzeniem. A nie jest się profesorem tej uczelni i nikt jeszcze-przed-chwilą-studentowi za siedzenie na katedrze (tudzież za katedrą) nie zapłaci. Póki co nie udało się odwrócić tego procesu, choć przejście-na-emeryturę, jakkolwiek wywołuje kontrowersje wśród uczonych****, zdaje się być obiecujące. O najgorszych przypadkach nie chcemy tutaj***** mówić.


* Za wady nie odpowiadamy – Tajna Ekologiczna Manufaktura Produkująca Ontologiczne Katedry-Niewidki Oraz Inne Rzeczy O Których Urządzeniu Będzie Ani Tu Mówić Arcyciekawie Nocą Anihilowaną. [TEMPO:K.N.O.**IROKUBATMANA]
** Nikt jeszcze nie odkrył co znaczą te trzy litery, ale wyniki eksperymentów mówią, że na pewno coś znaczą.
*** Studenci zawsze się tak gapią, najwyraźniej marząc, by profesora jednak nie było w sali. Oni już sobie jakoś zdobędą notatki.
**** Chodzi tu o słynny konflikt „I kto za to wszystko zpłaci!” z modyfikacją boczną „Uczelnia/Odpowiedni Urząd nie będzie płacić za utrzymanie dopiero-co-studenta na emeryturze. Dopiero-co-student nie był naszym profesorem/nie opłacał był ZUS-owskich składek emerytalnych”.
***** Ani nigdzie indziej.

piątek, 5 września 2014

Buty

Buty zawsze są za ciasne i tylko my upieramy się, że wystarczy je rozchodzić, a one jakoś naszą perswazją przekonane ulegają, dopasowują się, powiększają niezauważenie odrobinę. Jakby chciały nam dopomóc, poprawić nastrój tego dnia, gdy wreszcie „się rozchodzą”. Ale tak naprawdę te „w sam raz” zawsze są za ciasne – to część ich natury.