niedziela, 31 sierpnia 2014

Dzień Blogera 2014

Czyli dzień, w którym blogerzy polecają swoim czytelnikom inne blogi. W tym roku prawie nikt z czytanych przez nas blogerów nie napisał swojego wpisu, ale my postanowiliśmy spróbować i przedstawić wam krótko pięć blogów, które nasz absurdalny mózg uwielbia, albo przynajmniej lubi. Postaramy się nie być oczywiści, bo, wy, którzy w ogóle tu zaglądacie na pewno znacie też takie Zwierza, Chatolandię, Kiciputka, tattwę i inne równie znane w okołogeekowskiej blogosferze blogi. Co do polecanych poniżej, w sumie to w większości są blogi naszych znajomych i możecie sądzić o tym, co chcecie, ale my po prostu lubimy tam zaglądać.

1. Anth bloguje – Anth pisuje nieczęsto, ale jak już pisze to ciekawie, a to o wytworach kultury brytyjskiej, a to o wydarzeniach kulturalnych w Polsce (Opener), tudzież o zjawiskach ogólnointernetowych – jednym słowem, jej blog to takie miejsce na myśli młodego geeka. Coś jak nasz ziemniak, tylko więcej ludzi ją czyta.

2. Las problemów (popkulturowych) – czyli blog Lierre i Narbeleth, który rozbiera na części pierwsze różne aspekty seriali i książek sadząc nam internetowy las. Niby podobnie jak u Anth, a jednak zupełnie inaczej.

3. KARABOSKA – Kara prowadzi blog, w którym relacjonuje swoje wyprawy, czy będzie to pobyt na Islandii (którą osobiście kochamy), czy kilkumiesięczna wyprawa przez całe Stany Zjednoczone, szlakiem korzeni i tego jaka ta Ameryka na co dzień jest.

4. Efka i koty – jeden z pierwszych blogów jakie śledziliśmy i, które śledzimy wciąż. Efka pisze o swoich kotach i swojej twórczości, która się wokół kotów kręci. To taki codzienny koci miszmasz, do którego z przyjemnością się wraca, po geekowskich i absurdalnych dziwacznościach.

5. Deertube – tumblr, ale tumblr autorski, na którym Jeleń postuje swoje wytwory. Jeleń ma talent i jest jeleniem.

6. Mhrok, zUo i guziki – Zosia jest żółwiem, ale jej blog nie jest poświęcony żółwiom. To miejsce na Zosię, matematykę, dziwne (i takie bardziej na poważnie) rozkminy, a nawet na przygodę z betowaniem naszych tekstów.

7. Ponder Times – Ponder to nie żadne zwierzątko, no chyba że za takie uznamy buca i trolla, ale musimy uczciwie przyznać, że jest to buc i troll samoświadomy. Lubimy Pondera, ale czasem mamy ochotę przyłożyć mu czymś ciężkim. Niech to będzie dla was najlepsza rekomendacja. A, no i Ponder jest strasznie leniwy.


Tak, nie umiemy liczyć do pięciu. Zosia umie.

sobota, 30 sierpnia 2014

Rzeczy większe w środku

1. TARDIS.
2. Mózg. Nie każdy. Do środka prowadzi wiele wejść, on – gdy żywy – nie wychodzi na zewnątrz z sobą, a w siebie wchłania to, co poza nim. To nie ograniczenie, to skłonność do powiększania się – kiedy wszystko zostaje mózgiem.
3. Niewidoczny Uniwersytet.
4. Biblioteka. Uwaga: Jedna książka jest biblioteką, jeśli jest większa w środku. Milion książek nie jest biblioteką, jeśli żadna z nich nie jest większa w środku. Tylko książki większe w środku są biblioteką. Uwaga 2: Istnieje jedna biblioteka.
5. Piosenka. Też nie każda. Ale są takie, które wciągną cię całego do środka i już nigdy nie wypuszczą. Zostaniesz na zawsze z nimi. I wcale nie chodzi o to, że... Nie musisz rozumieć słów.
6. Dziurawa siatka. To kłamstwo. Dziury są w siatce zainstalowane z definicji. Siatka posiada „w środku” tylko warunkowo.
7. Torebka Mary Poppins.
8. Nieotwierające się gify.
9. Od lat nieotwierana szafa. Uwaga: Może okazać się TARDIS z działającym Obwodem Kameleona, gdy:
            a) to nie ty jesteś pierwotnym posiadaczem szafy,
            b) oprócz szafy posiadasz również dawno nieotwierany staroświecki zegarek.
10. Kosmos. Z zewnątrz ta drobinka wygląda niepozornie, ale w środku jest ogromna. Możecie mi wierzyć. Widziałam.
11. Urządzenia elektroniczne.
12. Nierozpakowana walizka, którą będziesz musiał ponownie spakować.
13. Szafki z Ikei. Tam naprawdę jest miejsce na jeszcze jedną śrubkę. Zestaw jest pełny, to tylko ty nie umiesz znaleźć miejsca, w którym jest miejsce na „nadmiarowe” elementy.
14. Czasem zdaje się nam, że czarna dziura. Ale to tylko złudzenie. Prawda?
15. Żółw. W tej skorupie mieści się więcej niż można by przypuszczać. To żółwioschron.

Gdzie one mieszczą tę przestrzeń? Wewnątrz. Pamiętacie? 2+2=4 tylko w matematyce. A my nie jesteśmy matematyką.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Co robiłem na wakacjach [sikający pies] [sikający pies] [sikający pies]

Relacja dla tych, których nie było, żeby nam zazdrościli.

Pociąg linii Poznań-Gdańsk razy dwa, nasze nieogarnięte ogarnięcie, wyburzony dworzec, czekanie na Agę i Tunera i próba słuchania o dziwo absolutnie wyraźnych i zrozumiałych komunikatów w dużej części zagłuszanych przez ludzi budujących nowy dworzec.

Kiedy pociągi są dwa, ten, który jest za ładny, nie będzie twoim pociągiem. Niemniej przyjemnie sobie nań popatrzeć.
Lubimy jeździć pociągami, ale najbardziej lubimy jeździć pociągami z innymi ludźmi, kiedy możemy nie tylko cieszyć się jazdą samą w sobie, kiedy już podróż jest częścią konwentu tak naprawdę. Więc dzięki, Ago i Tunerze, że udało się nam pojechać chociaż w tę stronę w jednym przedziale i wagonie. To już, zaczęło się i jest dobrze, choć jak zwykle pojawia się świadomość, że znów skończy się zbyt szybko. Ale to właśnie te spotkania dają nam energię do dalszego bycia dziwnym. To one upewniają nas w tym, że być dziwnym znaczy coś najlepszego na świecie.

Refleksja okołodworcowa. W Bydgoszczy dworzec był brzydki, a obecnie nie ma go wcale, lecz ulica z przystankami komunikacji miejskiej jest brukowana i miło się tam siedzi, czekając na tramwaj lub autobus, dworzec w Gdańsku jest piękny, lecz tuż obok niego miejsce ma dość obskurne przejście międzydworcowo-przystankowe.

Co dziwne, na miejscu prawie nie rozmawiamy o Pratchetcie. Co nie dziwne, nie brakuje nam tematów do rozmów i rzeczy do zrobienia. Przez te pięć lat znalazło się nam więcej wspólnych płaszczyzn niż tylko książki Mistrza. To takie dziwne, strona już praktycznie umarła (choć jeszcze czasem, ktoś tam się pojawia), a jednak my trwamy i nie zanosi się na to, żebyśmy mieli kiedyś przestać. To znaczy na pewno kiedyś w końcu wszyscy umrzemy, ale to insza inszość. Tymczasem zaś: Zosia ma plan, który udaje się tak jak zawsze, to znaczy nie w całości, ale nam to zupełnie nie przeszkadza, chociaż Zosia na pewno mocno liczyła na to zoo. Niestety musimy jej wystarczyć my*, czyli jak na razie Afro, ORety, Sylwia, Eśka, Arsis, my, Aga i Tuner. W jakiś dziwny sposób dobrani kolorystycznie**.

Jelenie bywają dziwnie humanoidalnie.
Natomiast po nas zupełnie nie widać żyrafiości. Dobrze się maskujemy.

Rzułf. Oni mieli lepszy transparent niż my dwa lata temu.
Zwierzyniec. Żółw, Dalek, dinozaurożyrafocośtam, jeleń, harcerka, wilkołak... 
Te rogi trochę nie wyszły. Zosia nie została morderczym królikiem.
Dobrym pomysłem... yyy... to znaczy, czymś, co wyszło w ostatniej chwili, bo okazało się, że normalne noclegi są zabukowane, było spanie w domu Halszki, która na konwencie się nie pojawiła. Zawsze to wygodniejszy... sen. Tak, oczywiście, wcale nie graliśmy w gry do samego rana i prawie wcale nie spaliśmy przez te trzy dni. O, a wiecie, że dom Halszki zawierał cukier, który był solą? Dobrze, że nie chciało się nam tego pierwszego popołudnia pić herbaty.







Potem Zosia pokazała nam, że Gdańsk ma antykwariat z fantastyką – także tą najnowszą, a potem zabrała nas na bardzo dobre i bardzo tanie koktajle (w ogóle Gdańsk jest chyba tańszy od Bydgoszczy, mimo że to zdecydowanie większe miasto). A po koktajlach czas coś zjeść, a kiedy nie wiadomo co zjeść, to najlepiej zjeść pizzę.



Koktajle takie dobre. Koktajle takie tanie.
Atomowa pizza.






Więcej zdjęć z pizzerii.
O, jaki dziwny guziczek. W Bydgoszczy takich nie ma, w Bydgoszczy są inne.


Co robią nerdy, kiedy są po raz pierwszy w Gdańsku? Nerdy idą do biblioteki i bukują się w działach komiksowym i dziecięcym.

Biblioteka to zawsze dobre miejsce do odwiedzenia, a gdy można tam jeszcze pograć w wyścigi, to już w ogóle jest szczęście do kwadratu. Jednak nie siedzimy tam bardzo długo, Zosia ma w planach morze i chyba każde z nas chciało tam pojechać. Nad morzem próbujemy odczytać, zrozumieć, o czym komunikują się widoczne na horyzoncie statki.










Morze i my.
Gooseberry. Miałeś być kamyczkiem, ale musi wystarczyć ci muszelka, która pozostała nad morzem.
Kolejny etap, coś do wypicia nad morzem, gdzie dołączyła do nas Ala, szybkie zakupy (cukier!) i powrót do mieszkania. Potem Aga i Tuner pojechali do kuzynki, u której nocowali, a ORety odjechała w siną dal... to znaczy do Warszawy. Kilka godzin później skończyliśmy grać i Zosia, Arsis, Sylwia i Esia poszły do swoich domów. Tak skończył się pierwszy dzień.




Koci klon.

Chyba najwięcej w ciągu tych trzech dni graliśmy w Johnny'ego Deppa.
Karty przeciwko ludzkości za pierwszym razem bawią strasznie, potem znika element zaskoczenia.





Folia bąbelkowa – nic lepszego ludzkość już nie wymyśli.
Zmagania Afro: Początek

Rozmowy, jedzenie, herbata i gry do samego rana. 
A po czterech godzinach snu czas wstać. To znaczy niekoniecznie czas wstać, bo to tylko my i dlatego, że w sumie byliśmy już wyspani całkiem. Jednak wstać, zjeść, poczytać, zanim obudził się Afro, a nie tak długo po nim Polly – poranne rozmowy o grafice w książkach, o książkach, o studiach i innych rzeczach w oczekiwaniu na pojawienie się Zosi et. co.

Czas wybrać się na starówkę.




Oczywiście trzeba mieć i zdjęcie w tym stylu, inaczej wyjazd nie liczy się pod kątem turystycznym.
Pan grał na czymś dziwnym, co fajnie brzmiało, ale nie wiedzieliśmy jak się to nazywa.





Macanie makiety.

Gdańsk, miasto żółwi.

Więcej macania.
Gdzieś po drodze dołączyła do nas Esia i poszliśmy odebrać Havelocka, który przywiózł z sobą fez.


Esia, a.k.a. Jan Heweliusz.



Patrycjusz in disguise.

Ktoś tu posiada modowy Hive Mind.
Jeśli jeść, to w Pyra Barze. Pyra Bar to świetne miejsce dla ludzi, którzy (tak jak my) wielbią ziemniaki i tak jak my nie mają dużo pieniędzy na jedzenie. A gdy już zjedliśmy, dotarła do nas Sylwia z koleżanką, by także coś zjeść. I rozdzielić się. Sylwia została, Ania poszła w swoim kierunku.


Nasz pierwszy w życiu cydr.
Fez.
Żółw i my. To znaczy nie my, nas tu nie ma.
Potem wróciliśmy do domu Halszki, poczekaliśmy na Dorotę, tak że było nas dokładnie siedemplusjeden (tak jak poprzedniej nocy, gdy graliśmy w Karty Przeciwko Ludzkości) i – zanim odjechała Polly – odbyliśmy drużynową rozgrywkę w Wiedźmy, które z sobą przywiozła. Wiedźmy to naprawdę świetna gra.
A więc: jak w to się gra?
Odraza do fezu.



No to może zrobimy tak... 

A potem nadszedł czas, by odprowadzić Polly na jej wyprawę w tym samym kierunku co ORety, zaś Dorota znikła na kilka godzin z rodziną.








O, jeszcze jeden.
We’re judging you.
A gdy Polly pojechała, dołączyli do nas Ala oraz Tuner i Aga, którzy zarezerwowali nam miejsce w jednym z gdańskich pubów, gdzie znów zagraliśmy w CAH, razem z Agi i Tunera rodziną, u której nocowali. Drinki na piwie, rozmowy i rozmówki, gra, która jednak już tak nie bawi, jak wspominaliśmy, powrót Doroty i fajnie spędzony wieczór.
Co znaleźliśmy w Biedronce pośród cukierków.


Lord Havelock Vetinari i jedyne słuszne uniesienie brwi.


A potem nadszedł czas, by ponownie się rozejść. Aga, Tuner i ich rodzina pojechali do siebie, zaś my... My wpadliśmy do KFC, by jeść tam głównie jedzenie niepochodzące z KFC i znów wróciliśmy do domu Halszki, by ponownie grać do samego rana, z tą różnicą, że tym razem nikt nigdzie już nie wracał na „noc”.

Zupki chińskie na sucho i słodkie bułeczki, czyli prawdziwe szybkie jedzenie.

Ostatnie żółwie tego konwentu.
I ponownie Johny Depp.
Sen nie sen, drzemki i półdrzemki na kanapach i w fotelach, Zosia odprowadza Alę na tramwaj, a potem my mamy odjechać, tylko, że... no, Zosia od soboty twierdziła, że mamy pociąg o 10.30, a nasz mózg nie załapał, żeby sprawdzić bilet i upewnić się, czy Zosia ma rację. W związku z czym zamiast jechać do domu, spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy wrócić następnym.


Zombi. 

Śniadanie.
A na koniec czekał nas bardzo ścisły grafik odprowadzeń, przed którym Zosia zabrała nas na niepłaskie forty.



Te forty są zdecydowanie zbyt pagórkowate.
By zacytować Zosię: „Hobbit”.
Po fortach: odprowadziliśmy Afro, odebraliśmy Krzywego i jego kolegę, a chwilę potem razem z Agą i Tunerem wsiedliśmy w nasz pociąg. Jeden i ten sam, ale w zupełnie innych wagonach. I to był koniec konwentu, nas czekało w Bydgoszczy czekanie przez trzy godziny, po dojechaniu do centrum, na ostatni bus do domu. Ale mamy spostrzeżenie podróżne jeszcze jedno. Gdańsk i okolice są dziwne, praktycznie zaraz za Trójmiastem prawie przestało odbierać nam radio w telefonie, za to gdy wjechaliśmy w kujawsko-pomorskie i przestroiliśmy to radio, odbierało nam Trójkę tak samo dobrze przez całą trasę do Bydgoszczy. Nie, nie powinniśmy przestroić radia wcześniej, bo próbowaliśmy co jakiś czas i „łapało” wciąż te same częstotliwości, co w Gdańsku. O ile można to nazwać łapaniem.

Podsumowując: mimo całego zmęczenia i tego, że wciąż jesteśmy jeszcze trochę obolali, było warto pojechać na te trzy dni do Gdańska i znów*** was wszystkich spotkać. Także do następnego. Oby nastąpiło jak najszybciej.


* Afro robi wyśmienitą małpkę, więc jesteśmy całkiem niezłym zwierzyńcem.
** Od dawna podejrzewamy, że to taka supermoc.
*** Tudzież po raz pierwszy.