niedziela, 30 marca 2014

Przesłanie programu – Hakuna Matata

Pojawia się program, który chce się przesyłać, ale gdzie i nie powinien i on to wie, bo mówi, że mu się nie udaje, jak nieudawać się powinno, ale nie o to chodzi, to tylko kryptokod, to przesłanie znaczy, że on jakieś ma, ukryte, jak używajcie mnie, jak nie martwcie się moim narzekaniem, że mnie w kościach łupie i w algorytmie, gdy robicie, do czego przeznaczonym, zaśpiewać być może chce:



„Ochydne – ale sycące”, jak mówi Simba to przeznaczenie złych programów jest, gdy próbują irytować, mimo że działają jak powinny, choć im zdaje się że nie, może trzeba by spróbować taki program zjeść i się nim nie zadławić, przetrawiając, przesłanie prześle się prosto do mózgu i już będziecie wiedzieć, o co chodzi, dlaczego z nim problemy ma egzystencjalne, dlaczego komunikuje wam o nim wciąż i wciąż, nie mówiąc czym ono jest.

środa, 26 marca 2014

Kill The Fez! 2

Właśnie skończyliśmy ze znajomymi drugi numer Kill The Fez! czyli naszej gazetki okołoabsurdalnej. Tym razem udało się nam zebrać do udziału w projekcie dużo więcej osób, dlatego też całość jest dużo większa. Mamy nadzieję, że się wam spodoba. Czytajcie i komentujcie tutaj, albo na absurdalnikowej podstronie. Link do KTF! znajdziecie w grafice, a do podstrony, w stopce bloga.

Gin&PT


wtorek, 25 marca 2014

Alternatywna Klatka Schodowa: Wciąż Stoi

Czyli relacja z naszego drugiego Pyrkonu, która także zaczyna się w piątek o piątej, świtem tym razem pięknym porankiem, tym razem wiosną i minimalnie zapakowanym plecakiem, żeby było miejsce na ciężar w powracaniu.

Karimata wiązana na to co mamy dostępne. Było z tym trochę zabawy, ale całość okazała się całkiem stabilna i karimata nigdzie nam nie uciekała.
W Bydgoszczy o siódmej rondo z jakimiś dziewięcioma kioskami do kupna biletów na tramwaj jeszcze chyba zamkniętymi i Żabka od rana otwarta, więc nie musimy się z buta na PKP kulać, a tam czekamy do prawie dziewiątej na ciopąg i ludzi jak Zosia, ludzi jak Arsis i Ala i innych, których poznajemy dopiero, których o dziwo znaliśmy z internetów (vide Kayseri), trzy czwarte wagonu to Pyrkon, a wcześniej na stacji w samotności poznajemy Riu, której ekipa wybiera się później – ona jedzie z nami i to jest dobre. W pociągu z kolei poznajemy Filipa, który wygląda jakby się wybierał na Pyrkon, ale nie, tylko do Poznania, chociaż o Pyrkonie myślał i dzięki nam, naszym rozmowom się na Pyrkonie pojawia.

W pociągu herbata i ciastko w cenie biletu, takimi pociągami możemy zawsze i wszędzie, takimi pociągami, gdzie tylu wspaniałych ludzi zaczyna się czuć atmosferę konwentu, po Poznaniu przechadzamy się w kilkanaście ludzi, w fezach i jako TARDIS, jako Kapitan Ameryka i jako my wszyscy inni, prawie skręcając do siedziby konsula Estonii, ale kierują nas dobrze, tam gdzie powinniśmy iść by zdobyć Berlin.


Herbata w cenie biletu to zawsze coś miłego. My swoją oczywiście rozlaliśmy.  Poniżej Ala czyta nasz Dziennik Dziwności oraz miejsce gdzie część z nas myślała, że może trzeba już skręcić, ale jednak to nie było z jakichś niewyjaśnionych przyczyn tu.
Berlin zostaje zdobyty, kolejka po akredytacje idzie szybko, gdzie Zosia częstuje współkolejkowiczów wszystkich czekoladowymi kulkami, które powinny zostać zjedzone w ciopągu, ale nie zostały, bo było ich za dużo*, a my nie ogarniamy akredytacji i dostajemy pełną uczestnikową, zamiast zniżkowej prelegenckiej. Potem noclegownia i szukanie miejsca dla nas, miejsce się znajduje, Arsis w jej cosplayu Kapitana Ameryki idzie przechadzać się po terenie konwentu, tak jak i my, rozdzielając się z Halszką i Riu, wypatrując cosplayów**, czekając na otwarcie hali targowej i kupując conieco jak Pratchett, jak Supernatural, spotykając Agę, która jest wcześniej nawet niż Marek zapowiadał i dalej trochę po stoiskach chodzimy, w games roomie ustalając, co planujemy zaliczyć, a potem nasza pierwsza prelekcja tegoroczna, czyli słuchanie o absurdzie Świata Dysku, której prowadząca*** z początku wyraźnie się stresuje, ale wszystko się bardzo ładnie rozkręca i jest przyjaźnie i merytorycznie i ogólnie bardzo piękne rozpoczęcie konwentu dla nas, gdzie Zosia trzymała nam miejsca, ale ją przegapiłyśmy, i gdyby nie odzywanie się nasze i jej nie wiedziałybyśmy może w ogóle, że ona tam jest.

Smoki! Smoki wszędzie!
Jaki piękny zdalekowany jasiek
I jakie cudowne fandomowe pudełeczka. O jak bardzo żałowaliśmy, że naprawdę nie możemy powiedzieć: "Bierzemy wszystko. Proszę zapakować i wysłać pod nasz adres".
Motto tegorocznego Pyrkonu. Swoją drogą naprawdę mocno doktorowego
Dalej druga ekipa nasza Pyrkonowa. Poznanie na żywo Lierre, z którą w sobotę mamy poprowadzić prelekcję o Doktorze i innych ludzi z whoviańskiej i tumblrowej strony internetu jak Nin, Narbeleth, czy Morf, idąc zamiast zostać w angielskiej na „Doctorze Who” spotykającym Historię, na spotkanie autorskie z Jarosławem Grzędowiczem, z pytaniami prowadzącego o to, kto u autora w domu gotuje, z pytaniami z widowni sensownymi w większości. Potem jeść, potem czekać pół godziny na strasznie drogą konwentową pizzę, a potem znów kupować piękne rzeczy**** i grać w pociągi wersję utrudnioną w teorii, w praktyce robiąc podstawową na planszy Niemiec ignorując utrudnienia. Potem rozmawiamy i karmimy tribbla Nin czekoladą, z którą my tworzymy najmniejszy fandom tego konwentu*****, faniąc Sigur Rós.

Zdanie "dajcie nam coś łatwego" może być podstępne i zaowocować dostaniem trudniejszej wersji gry. Na szczęście my byliśmy jeszcze podstępniejsi i zignorowaliśmy dodatkowe instrukcje.
"Would you like a jelly baby?"
Nasze i nienasze kartki od Cathi, takie piękne na żywo, że aż żal będzie je komukolwiek wysłać.
I znów jakże trudne rozstanie i powrót na noclegownię do Zosi, Pondera, Ali i Arsis, gdzie Arsis szła już spać, ale my nie, bo jednak nawet na normalny czas to za wcześnie, a cóż dopiero na pyrkonowy, my wracamy do games roomu, gdzie Ponder arbitralnie uznaje kolejkę po gry za długą, więc gramy w państwa miasta z kategorią zastępczą za rzeczy, części ciała ludzkiego, i robimy tutorial malowania paznokci Zosi malutkimi pisaczkami a Ponder stwierdza, że Davros jest córką Voldemorta i jest w dołku, bo kocha się w Snape’ie, mamy iść na japońskie reklamy, gdzie Zosia chce, ale o drugiej idziemy spać.

Z gier planszowych najlepsze bywają gry analogowe z serii DIY
Pisaczki miały na sobie króliczki. Wystraszyliśmy nimi Zosię ^_^
W obolałościach barku i twardości podłogi, budząc się kilkakrotnie takie uroki pyrkonowego noclegu, wstajemy rano nie tak bardzo jak rok temu zmęczeni. Idziemy z Arsis myć zęby w sąsiednim budynku, bo w hali noclegowej za duża kolejka – tak nie ma ludzi prawie, a potem na śniadanie do hali śniadaniowej, gdzie kanapka z kurczakiem okazuje się być bardzo ostra, z dobrym mykiem herbacianym, pt. „zaparz sobie sam jak lubisz” i widzimy Agę i Marka, więc wołamy ich przez szybę, jakby mogli nas usłyszeć, zamiast po ludzku zadzwonić, piszemy sms-a potem, że ich widzimy i dzwoni Zosia z pytaniem czy nie kupić nam biletu powrotnego i dzwoni do Zosi Arsis, żeby jej także kupiła bilet, po śniadaniu jeszcze wpadamy na końcówkę tańców irlandzkich, bo Arsis bardzo lubi, a i nam się podobają.

Po tańcach spotkanie Zosi i Pondera i ludzie chcący robić sobie zdjęcia z Arsis i panel Zwierza, Cathi i Cyd o Kobiecie w fantastyce, widziany, słuchany z podłogi, z ciekawą koncepcją, stawiającą stereotypowe zdania w prelekcji tematyce i pokazywaniu na przykładach, że to jednak wcale tak nie jest i przecież nam też od razu przychodzi do głowy sporo innych przykładów na odparcie tych zdań oprócz pokazanych przez prowadzące, po prelekcji Zosia dostaje autograf od Zwierza, Wariatek mówi nam, że mamy fajną koszulkę, ale chyba nie rozpoznaje nas, i już poza salą robimy sobie ze Zwierzem zdjęcie, a potem idziemy na kawę znów do pawilonu pięć. Gdzieś w międzyczasie Aga i Tuner piszą nam o aktywności Alternatywnej Klatki Schodowej na wypadek zapchania właściwej, gdybyśmy potrzebowali w nią iść.
 
Herbata w stylu DIY
Uroki cosplayowania
Widzimy Zwierza!

Dla nas to czas na spotkanie z Lierre, żeby omówić szczegóły podziału naszej prelekcji i obserwowanie cosplayów na międzyhalowym murku siedząc z jedzeniem i z innymi rzeczami, sonicowanie przechodzących Doktorów i TARDIS śrubokrętem Jedenastego i odrobina hali targowej, gdzie przed spotykamy Ausira, na którego absolutnie nie spoglądamy z Daleka, a potem panele znów z Zosią i Ponderem o ekranizacjach komiksów****** i o Barwach Biedy, fajna przyjazna rzecz, z zabawnościami, jak komentarz filologiczny z definicją konstrukcji kanapkowej i „awww...” i genderswapem Remiego i Josepha. Po nich idziemy jeść z dodatkiem Agi i Tunera tym razem na mieście, choć niedaleko, zanim do nas dojdą pod czternastkę rozpoznaje nas Anth, co jest trochę dziwne, bo Anth widziała nas już wcześniej z Lierre i innymi, i my wiedzieliśmy już, że to ona na Barwach, gdzie siedziała niedaleko nas. Zosia też rozpoznaje Anth, bo Anth chodziła do klasy wyżej w tym samym liceum, co nasz żółw. Potem poznanie z Agą i Markiem i już idziemy jeść, Zosia i Ponder ulatniają się po jedzeniu, gdy my jeszcze robimy drobne zakupy prowiantowe i wracamy, bo powoli czas, przed naszą z Lierre prelekcją i tyle ludzi czeka i włącza się nam stres, ale prelekcja idzie dobrze, choć nie wszyscy jak Aga i Tuner i inni nasi ludzie się dostają do sali i trochę szybko mija, w jąkaniu choć nie tak wielkim jak się obawialiśmy, a nikt nie pyta, choć mogą, tylko o forum, ono zamknięte, choć wróci niedługo. Podczas prelekcji kradniemy pyrkonowy do aparatu prąd, bo już za mało mocy ma, a przecież jeszcze tyle potrzebujemy zrobić zdjęć.

Wariatek i my redakcyjnie
Dziama trzyma pierwszego banana pokoju i Mroczne Jabłko Grozy. Zastanawia nas, co to za kreski na jej dłoni?
Anth odbiera banana pokoju.
Banan pokoju wciąż krąży



Może nie aż cztery fezy na metr kwadratowy, ale podczas naszej imprezy wciąż było ich duże stężenie.  



Nadchodzi integrowanie się, gdzie, po co iść w pełne, głośne miejsca, skoro mamy tyle podłogi pod filmową salą, tu nam wystarczy, tu można porozmawiać. Tu spędzamy kolejne cztery godziny do prelekcji Toroj i Serathe bodaj, o adaptacjach wszelakich Sherlocka Holmesa, z bananami pokoju i jabłkiem grozy, plotkując redakcyjnie i rozmawiając o fandomach wszelakich, poznając Wariatka w pełni i dużo innych fandomowych ludzi, jak Dziamę poznaliśmy przed prelekcją, dołącza także Arsis, gdy kończy się prelekcja, na której siedzi w filmowej, Zosia i Ponder znikają za to gdzieś, choć na Sherlocka już wracają. Sherlock mija dwugodzinnie w niewygodzie i zmęczeniu, ale i ciekawie w śmiechu, gdy trzeba, z fragmentami adaptacji i trailerami, a potem czas znów spać, w obolałości i niewygodzie, czekać na ostatni Pyrkonu dzień.

Konwentowe dobrodziejstwo w postaci gniazdek z prądem
Jaką cudowność rozprowadzała Lierre

Kolejna pobudka, czas coś zjeść z kupionych wczoraj i odnaleźć naszych ludzi w czekaniu na Lierre pod filmową, i znaleźć gniazdka, podładować telefon i rozmawiać o rzeczach, o których na żywo można tylko tu, tylko z tymi ludźmi, potem pojawia się Lierre i odbieramy plakietki redakcyjne i zaczynamy rozdawać je, promować nas. I znów trochę czekania z ludźmi zastanawiając się co robić, gdzie pójść, pojawiają się Aga z Markiem i Marek idzie na prelekcję a Aga i my na targi kupować, bo za mało czujemy jeszcze w tym roku kupiliśmy. Kupujemy – tyle dużo książek i plakietkę Loki’d, która odpada nam gdzieś, więc kupujemy znów, Aga przytula wszystkie Free Hugs, potem kolejna prelekcja, ostatnia nasza już, o Sherlocka współczesnych adaptacjach w angielskiej z interesującym kluczem, komparatystycznie, a potem czas dopakować się, zagrać w ostatnią grę w games roomie z Agą, Markiem i ich znajomym i czas z Arsis na pociąg iść jak dużo ludzi innych idzie, pojechać do domu, w Bydgoszczy, na bydgoskim PKP spotkawszy Gosię, jak spotkać nie mogliśmy przez całe trzy dni Pyrkonu, gdzie była też i razem dokulanie się w okolice przystanku, jeszcze lody w czekaniu na bus i busem jadąc rozmawiając cały czas głównie o cosplayu, o tym jaki powinien być i najlepszych i najgorszych i wreszcie dom i Pyrkonu koniec dla nas, jeszcze tylko rozpakować się i odmoknąć trochę, koniecznie jedziemy za rok.

Nowe przypinki 
Pierwszy raz kupiliśmy tak dużo książek za jednym razem
Nasze pozostałe fandomowe zakupy


* Wcześniej zrobiła rundę po przedziale, a i tak nie wyszły wszystkie.
** Tyle, mnóstwo Doktorów i TARDIS i fezów <3 comment-3--="" nbsp="">
*** Aga myśli, że to pani Audytor, a tymczasem to Śmierć.
**** Dostaliśmy przypinki Welcome To Night Vale. Dostaliśmy przypinki Welcome To Night Vale! <3 comment-3--="">
***** Równo dwuosobowy.
****** Trochę nie nasza broszka (choć widzieliśmy „Avengersów” i drugiego „Thora”), więc tylko siedzimy i słuchamy, co ludzie mają do powiedzenia.

środa, 19 marca 2014

Warzywa*

Wut? Ale jak warzywa bez mózgów mogą żyć. A jednak są i umierają i my je zjadamy hanibalistycznie, batalistycznie i tylko na Łotwie marzą o ziemniaku, ziemniak to halucynacja tylko my mamy ziemniaka, popkulturalnie brylujące warzywo jedno z tych, które myślą czy nie zostać owocem odcinając się od swoich łotewskich korzeni, to nie będzie dobry wybór, żaden owoc nie jest popkulturalny, żaden nie jest geek-warzywem.

Czemu słowa „kalarepa”, „bakłażan” czy „kapary” cisną się na usta, gdy chce się powiedzieć coś nie na temat, nam się nie cisną, ale czemu się cisną wam, czemu nie ziemniak o? Od dziś mogą zacząć cisnąć się i one, bo o tak i już**.


Ziemniak-hipster. Bo tak. Made by Zosia. Ta sama Zosia.

Co jest takiego w brokułach i szparagach? Brokuły i szparagi. Brokuły są w szparagach, a szparagi są w brokułach. Czekają, aż ktoś zauważy, aż ktoś je przyłapie na gorącym uczynku i śmieją się makiawelicznie, gdy nikt tego nie dostrzega. Ten dźwięk, gdy wydaje się wam, że je kroicie i żujecie i połykacie to tak naprawdę ich makiaweliczny śmiech.

Czemu jest przeróbka postaci z Sherlocka na warzywa? Bo postacie z Sherlocka lubią warzywa, co znaczy, że warzywa muszą*** lubić ich, więc się w nich wcielają. To takie warzywne cosplaye, warzywa potem zmuszają ludzi do rysowania i animowania i cojeszcze ich jako Sherlocka i Johna i reszty zależnie od wielbionych wersji i potem wina i chwała spadają na ludzi, a nie na cosplayujące warzywa.

I dlaczego nikt nie kocha owoców, bo owoce są złe i nie mają nawet połowy stylu ziemniaka i jego przyjaciół warzyw. Owoce to nie klasa, to tylko nienośne stworzenia, które należy zjeść, zanim one pomyślą, że mogłyby w sumie zjeść nas, tak to dobry pomysł, zjedzmy ich. No i pomyślały. Mamy przechlapane. [Uciekają do Już Nie ST]


* Uwaga! Post zawiera mózg Zosi.
** Żadne dobre usprawiedliwienie nigdy nie jest tak dobre, jak brak usprawiedliwienia.
*** Wcale nie muszą, ale kto by się przejmował Międzynarodową Deklaracją Praw Warzyw.


I łapcie jako bonus wynik naszej nudy na dzisiejszym wykładzie ^_^ (O, to nasz setny post.)

Ballada o dinozarłach
czyli owoc wykładu dzisiejszego (z dnia 19.03.2014) poczyniony przeze mnie (ginny358) improwizacją niechlubną, podszywającą się pod robienie notatek z wykładu, pisany na żywca i bez głębszego myślenia. byle rymy się jako tako zgadzały. sensu nie stwierdza się


Było kiedyś sześć dinozarłów
i żaden nie wiedział jakim gatunkiem był.
Pojechały, pojechały one na Darłów,
bo tam wujo Dinozarł żył.
Miał wytłumaczyć im czymże są
Lecz on wyjechał Dalekiem
Podbijać galaktykę Trollolą.
„Co nietak onże miał z dekiem?”
dinozarły spytały się.
Lecz i tego nie wiedziały bez pytania.
Wergili wymyślił udać się gdzie.
Dinozarł ten wysłał ich do Poznania.
W Poznaniu znaleźli stworzeń tłum.
I smoka i wydrę i psa.
I źrebię i słonia i coś co robiło „um”.
„Cóżtuże dziać się ma?”
Usłyszał ich wujo Dinozarł,
co ze swej wyprawy wrócił już,
gdzie galaktykę był pożarł
i kupił na wyprzedaży nóż.
„Och moje wy foniczne dinozaurzątka”
– tak ozwał się radosny na widok ich
– „Kupcież wy może dla wuja kociątka!”
Dinozarły spojrzały do bliskich mich.
Zrobiły zdziwione miny.
Poleciały kociąt szukać.
Wujo zaś czekał u progów krainy.
I nożem o podłogę stukał.
Gdy wreszcie dinozarły wróciły,
kociątka zdobywszy ogromnym trudem,
zapytały o to, po co przybyły,
czekając czy wujo rozwiąże tę grudę.
Wujo wyjaśnił, wujo powiedział.
„Ty mój zielony, ty pięknoskórzasty
jak okonik majowy byś siedział
tyś jest Pterodaktyl nietoperzasty”
I już jeden dinozarł wiedział
kim jest, jak się identyfikować,
z szacunkiem mowy wuja nie psował.
W miejscu swym dobrym usiedział.
Wujo jego radość widząc kontynuuje:
„Ty mój niebieski, również ucieszysz się wkrótce
ja ci powiem, że gdy się strujesz,
jesteś Tyranozaurem w Koziej Bródce”
Już dwa dinozarły tożsamość swą znają
wujo mówi, oni go ciągle słuchają.
„Żółto-czerwony jak gryffindorny lew.
Lubię ja słyszeć twój śpiew.
Zaśpiewaj nam piosnkę, lub dwie
zaśpiewaj coś na nasze spotkanie,
a ja pomyślę, kim znałem cię”
Zaśpiewał więc o fanowaniu,
o krukach, borsukach, wężach i lwach
wujo Dinozarł myślał godziny dwie,
lecz pieśń wciąż trwa i trwa.
Czeka jej końca by wypowiedzieć teorie swe.
Nareszcie koniec, czas wyrwać z zasłuchania dinozarły te.
„Ty złoto-czerwony antyku perełko
mnie przypominasz matkę mę.
Jestżeś Triceratopsem śpiewającym w pudełko”
Dalej mówi uradowany radością ich,
już połowę zidentyfikował swych siostrzeńców
już połowę uradował krewnych swych.
„Kim jesteś mój mały patapieńku?”
„Jam patapieńkiem, tym dinozarłem ja”
„Ach to przecież mój drogi Diplodoks,
radości na mózgi aż dwa
wielki a mądry jak kosmiczny paradoks!
A obok tam stoi Diplodoksa brat
cichy i skromny, wielkie nadzieje pokładam w nim,
tak moi drodzy, to jest Diplodoks dwa!”
„A co z ostatnim, co z tym, co z nim?”
dinozarły wskazują bezimiennego wciąż,
on taki jakiś zasmutkowany jak Śmierć.
Wuj Dinozarł jak wielki mąż
wymyślił ostatnią więc część,
opowiedział kim jest z nich szósty ten.
„Tyś mój najdroższy, za tobą tęskniłem bardzo
twe imię zawsze w pamięci mej,
depresyjny Mezozaurus, którym nie gardzą”
I on się w końcu uradował
niepewny dotąd czy wuj go pamięta.
Lecz teraz urazy już nie chował,
sam też dołączył do święta.
Imiona swe znając dzięki Dinozarłowi,
podążyły za stworzeniami wciąż przechodzącymi
w Poznaniu fantastycznym jak ministrowi,
trzy dni zostały, do domu wracając śpiącymi.

I jeszcze łapcie kilka informacji. Jak już gdzieś tu wcześniej wspominaliśmy będziemy na Pyrkonie. Oficjalnie z prelekcją o "Doctorze Who", którą poprowadzimy razem z Lierre jako część Gallifrey.pl. Poza tym łapać możecie nas przez cały konwent, do niedzielnych okolic drugiej. A po konwencie na pewno spiszemy na Absurdalnik relację, jednak nie wcześniej niż we wtorek, bo poniedziałek planujemy cały przespać snem twardym. W tych dniach nie będzie nas w internetach, także już na zapas: cześć i do zobaczenia na Pyrkonie.
Gin&PT

czwartek, 13 marca 2014

Pszczoły płyną w powietrzu

Bo powietrze to płyn, a pszczoły nie lecą, one mówią poruszają się kodem płyną w nim jak my ludzie płyniemy chodząc po powierzchni, lecz nasze pływanie nie jest mówieniem jak ich, mniej złożone w skondensowaniu niosące informacje gdzie pył, gdzie wiosna gdzie można robić miód i inne dobre rzeczy, gdzie najlepsze warunki do pływania w tym płynie cudownym, którym oddychają one i oddychają te dziwne stwory jak zwierzęta, jak my.

Potem, w nocy, gdy idą spać wciąż w nich ta radość z przepływanego dnia brzęczy, brzęczą one przez sen, pływanie im się śni – rano będą pamiętać, rano popłyną znów.

poniedziałek, 10 marca 2014

PT

Pies Tryptyk
Proto Tomik
Przykry Tołąb
Próg Trąbka
Przemykający Truteń
Po-grom Tąpnięty
Proca Teatralna
Pan Tygrysek

Sam sobie wybierz

czwartek, 6 marca 2014

Magiczne Temporalne Planetarium

W skrócie MTP, czyli to, co kryje się na terenie Pyrkonu, kiedy nie ma tam Pyrkonu. Hogwart. Bo co jeśli w czasie egzaminów, SUM-ów, OWUTEM-ów czy czegoś jeszcze niebo jest pochmurne i tak kilka nocy noc w noc, magowie muszą sobie radzić, więc jak sufit w Wielkiej Sali tak MTP powstało, powstać musiało, z niebem zawsze bezchmurnym i gwiezdnym, nie ma odwoływanych lekcji.

I tylko to wejście przez Pyrkon może być dla howartczyków kłopotliwe, trudne do zrealizowania bez teleportacji... Chociaż nie, wchodzą oni normalnie MTP mieści w sobie cały Hogwart i całe niebo nad nim, inne niż na zewnątrz poznańskie, problemem jest wyjście, gdy się jakiś uczeń w nim zgubi i znajdzie przejście na zewnątrz, tudzież gdy się w Pyrkonie zgubi ktoś i znajdzie wejście do środka, mogą być z tego niezłe kłopoty inne niż odesłanie do domu teleportacją i kominkami.

wtorek, 4 marca 2014

Radiogłowa

Zobaczcie jakie cudo znalazła specjalnie dla nas Zosia na jednej z ulic w Gdańsku. Widzicie co tam jest napisane pod spodem? My nie widzieliśmy i musieliśmy zapytać Zosi.

Przypadkiem znaleziona Radiogłowa może niespodziewanie wprawić w radość :) Dziękujemy Zosiu.

Oto co odpowiedziała Zosia: nudzimisie.
Oto co odpowiedzieliśmy my: Ej, ale to nie jest nudzimiś! [Chwila przerwy] To jest radiogłowa.

Także tego. Gdybyście znaleźli gdzieś, kiedyś takie nudzimisie to wiedzcie, że nie. To nie są nudzimisie, to są radiogłowy. Taka radiogłowa źle rozpoznana może gryźć. [Myślą. Czują się w obowiązku uzupełnić.] Dobrze rozpoznana też może gryźć.

sobota, 1 marca 2014

Islandia nie ma tramwajów

Islandia ma trzęsienia ziemi. One jak tramwaje podziemne, liniami jeżdżą na nich gorące źródła wytryskując niespodziewanie Islandią i pięknem i gorącem przechwyconym z tramwajogennych law, które trzęsą Islandią mocniej i słabiej w dziwnym rytmie, z którego rodzi się islandzka muzyka i zorze.

Dla ludzi transport podziemny dostępny jest tylko tak, nadziemnie, przenosząc w dziwne krainy z wyobraźnią i większym w środku, być może podróżują nim elfy i inne stworzenia, w bezpośredniości, gdy Islandia tworzy muzykę w ciemności i lodzie ponad trzęsącą się ziemią.

Z niepokoju rodzi się muzyka niosąca w sobie spokój.