niedziela, 28 grudnia 2014

Krowosowa

A może sowokrowa? Zależnie od końca, którym się zaczyna, a którym się kończy i którym jest w środku. Organy ssaczo-pasie ma przemieszane, to w domyśle, choć kto wie, może tylko jedne powiększone, może tylko jedne pomniejszone i nikt jeszcze nie sprawdził, czy potrafi fruwać, gra we wszystko zwierze, co ma pierze fruwa tu by nie wyszła, bo nikt by nie wiedział, co się liczy jako punkt, nawet jeśli to by było machnięcie połowiczne i połowiczne niemachnięcie. Fruwanie ze złamanym skrzydłem się nie liczy, tak to nawet te, co fruwają, nie potrafią zrobić.

Proś by nie przyszła do ciebie w snach i nie męczyła swym istnieniem. Może lepiej nie czytaj tego postu.

niedziela, 21 grudnia 2014

Zagadka ludzkości

1. Niedźwiedzie polarne są leworęczne. Jestem leworęczna. Ergo: jestem niedźwiedziem polarnym.
2. Tylko niedźwiedzie polarne są leworęczne. Jestem leworęczna. Ergo: jestem niedźwiedziem polarnym.
3. A jednak jestem człowiekiem.

To niemożliwe. Ja w ogóle nie istnieję.

sobota, 13 grudnia 2014

Stopa

Twierdzi, że nie jest absurdalna, ale kłamie, wielookie jelenie skradające się w chrupkim śniegu pośród ciemnych drzew i pośród nocy wiedzą, że tak. Wcale nie musi być Wielka, by absurd stanowił jej nieodłączną część, coś, z czym się narodziła.

Pomiędzy palcami, kośćmi, ścięgnami i wszystkim tym, co w stopie oczywiste i wszystkim tym, co w stopie nieoczywiste, gdzieś w jej działaniu czai się absurd, dobrze ukryty przed ludzkim okiem – zwinięty ciepło w smacznym śnie promieniuje sobą ogrzewając stopę od wewnątrz, choć powinna być lodowata, nieotulona ciepłym obuwiem, ani nawet wełnianą skarpetą pośród zimowego śniegu i patrzących nań nieprzychylnie wielookich jeleni. Upiera się, że absurdu w niej nie ma.

Jeleniom jej kłamstwo się nie podoba, tak, lecz ona nie czuje strachu, rozgrzewana absurdem uśmiecha się sama do siebie wewnętrznie wiedząc już, że jelenie nie mogą wygrać. Choć posiadają więcej oczu niż zdaje się ludziom, nie odbiorą jej absurdu.

Potem ciemność spojrzy na górę martwych jeleni i przyzna absurdalnej stopie rację.

czwartek, 4 grudnia 2014

Ten niemieckojęzyczny łańcuszek blogowy, w którym już milionowy raz bierzemy udział

Zosia (niech się piecze jak ziemniaczek w konstrukcie umysłowym, którym jest piekło) nominowała nas do liebster hipster. Podejmujemy tutaj, bo na ziemniaku musielibyście poczekać do następnego postu, dobre dwa tygodnie. Zasady znacie, a jeśli nie znacie, to łatwo możecie je sobie wyguglować, więc pominiemy nudną formułkę i przejdziemy do części właściwiej. Część właściwa składać będzie się z a) absurdu b) naszego mózgu.

1. Ulubiona antropomorficzna personifikacja?
Personifikacja Antropomorficznych Personifikacji. Ale jakto nie ma taki... [W oddali rozlega się cichutkie „dzyń, dzyń, dzyń”.] No to chyba załatwia sprawę.

*

Śmierć, Śmierć Szczurów i Czas. Śmierć za to, że jest Śmierciem. Śmierć Szczurów za PIP, intencjonalną złośliwość i Miodrzekła. Czas, za to, że jest czasem i powala być czasowi na Dysku tak pokręconą koncepcją, jaką go (ją) widzimy w Ostatnim Kontynencie, czy w Złodzieju Czasu. Poza tym zawsze lubiliśmy czas, więc jego personifikacja, czy to w oryginalnej postaci, czy też w postaci jej syna nie mogła nie przypaść nam do gustu. No dobra, mogłaby, gdyby była wykonana przez jakiegoś partacza, a nie takiego mistrza słowa jak Pratchett.

2. Pizza i serial czy piwo i planszówki?
Książka i buritto kołdrowo-pantygryskowo-nasze, by chronić się przed zUem świata zewnętrznego.

*

Pizza i serial bardziej, chociaż planszówki też niczego sobie. Piwo może być dla towarzystwa przy planszówkach z ludźmi granymi w, ale generalnie my bardzo mało alkoholu pijamy.

3. Rolemodel z wybranego serialu.
Zosiuuu, dlaczego w naszym mózgu przy okazji tego pytania pojawia się rolada?!

*

A to zależy, który serial byśmy wybrali... Dobra, pójdziemy po najmniejszej linii oporu i weźmiemy Doktora Who. Oczywiście Doktor jako wzór, ale też przynajmniej część towarzyszy (Rose, Donna, Clara za to po części tak, ale po części zdecydowanie nie). Gwiezdny Wieloryb. Idris. To tak kilka przykładów na szybko z New Who, bo Classic wciąż nadrabiamy w tempie prawie żadnym.

4. Wolisz czarny humor czy gry słowne?



*



5. Ciastka?



*



6. Jaka jest twoja opinia na temat wykluczenia społecznego?
[Zastanawiają się, czy wypada robić absurd z tej kwestii]

*

W sumie to raczej nie mamy tu do powiedzenia nic odkrywczego, ani ciekawszego niż ludzie działający przeciwko wykluczeniu społecznemu.

7. Jest jakiś komiks (webkomiks, seria), który byś mi polecił(a)?
Tajny komiks o jeleniach buszujących nocami po mieście i wywracających ludziom kosze na śmieci. Ale nie możemy ci go polecić, bo to tajny komiks, o którym nikt nie wie.

*

Ty znasz więcej komiksów niż my, webkomiksy też wszystkie, albo i więcej niż my na pewno. No, może Kopytka nie kojarzysz? Właśnie. Weź coś poleć.


8. Grasz kółkiem czy krzyżykiem?
Oboma naraz. Sami z sobą. Czasem nawet gramy w planszę 4x4x4 w naszym mózgu.

*

Zależy jak wypadnie. Głównie oboma naraz.

9. Czy lubisz chociaż jednego polskiego twórcę publikującego na youtubie? Którego?
Znaczy takiego pisaka, który swoje książki pisze za pomocą youtube? To, to wszystkich wielbimy, co do jednego, z tych, których czytamy przez filmiki na youtube i jeszcze niektórych na vimeo.

*

Lubimy Dema i Ichaboda, z ludziów robiących rzeczy w Internecie (nawet jeśli to tylko „odtwórcze” recenzje), ale nie śledzimy ich kanałów jakoś regularnie, bośmy zwierze czytelnicze bardziej.

10. Jezioro czy morze? [zawsze mi się wydawało, że to dzieli ludzi prawie tak jak kawa/herbata]
Jezioro to morze w kamuflażu, robiące wywiad społeczny wśród społeczności nienadmorskich, na możliwość odczuwania sympatii do morza. Takie autoteliczne badanie naukowe, na statystycznie reprezentatywnej części społeczeństwa.

*

Morze > jezioro > brak jeziora. Obocznością dla braku jeziora nie jest rzeka, bo rzeka to wysłannik morza, taka morska pijawka, tylko działająca w drugą stronę.

11. Najbardziej badassowa postać mityczna?
Baldr. Udaje takiego sympatycznego gościa, który pięknie śpiewa i którego przypadkiem zabije przybrany brat, a tak naprawdę to jego supertajnybadassowy plan, żeby przeżyć koniec świata i zrobić sobie nowy, ładniejszy, w którym nikt nie będzie mówił „Ej, Baldr, ty tak pięknie śpiewasz, weź jeszcze jedną balladę, no nie daj się prosić, potańczylibyśmy sobie”. Mwhahahahahaha...

*

No jak kto, jak nie Loki? Szkoda, że mu zapowiadają śmierć razem z innymi bogami w Ragnaröku.

Nominowała nas też Eśka i za to niech cierpi podwójnie. W odpowiedziach na jej pytania nie ma absurdu, bo się nam nie chciało.

1. Przyznaj się, ile książek Katarzyny Michalak przeczytałeś/łaś i co cię do tego podkusiło.
Przeczytaliśmy 1/3 „Gry o Ferrin”. Podkusiła nas zła pani bibliotecicielka, w czasach, kiedy jeszcze Michalak nie była powszechnie znanym zUem naszego kącika internetów.

2. Ulubiony owoc. Odpowiedź uzasadnij.
Sernik. Bo Doktor.

3. Najbardziej masochistyczna rzecz jaką w życiu zrobiłeś/łaś.
Nie pamiętamy.

4. Jakie masz dowody na to, że Wokulski był gejem?
Zakochał się w takiej mamłeji jak Izabela (i sama wiesz, jak ta jego „miłość” wyglądała), a nie chciał takiej fajnej kobiety jak Stawska.

5. Mieć czy być?


6. Największe marnotrawstwo pieniędzy.
Wrzucenie ich do wulkanu na Islandii. No chyba, że się ma ich jak lodu i jest się na Islandii, to wtedy to rozsądny czyn, pozwalający zostać bezdomnym, niemającym pieniędzy na powrót do domu, a co za tym idzie, muszącym zostać na Islandii.

7. Ulubiony zespół muzyczny. Jeden jedyny.
Radiohead i Sigur Rós.

8. Demotywatory czy kwejk?
Tumblr.

9. Co ma sens?
Absolutnie nic nie ma sensu.

10. Biedronka czy Lewiatan?
Biedronka.

11. Kim jest Moszfajka?
We have no fucking idea.

To by było tyle jeśli chodzi o odpowiedzi, co do pytań... [PT wyskrobuje pazurem na podłodze listę jedenastu]:

1. Gdybyś miał(a) zwierzątko biedronkę, to dokąd zabrał(a)byś ją na wakacje?
2. Jesteś Agentem T.A.R.C.Z.Y. a)* rozwiń skrót tej organizacji, b)* czy umrzesz po dotknięciu Obelisku/Divinera, czy przeżyjesz? Uzasadnij.
3. Gdybyś dostał(a) na Święto Przesilenia Zimowego milion dodatkowych godzin czasu, tylko dla ciebie (takiego kieszonkowego w sensie, na sen, albo nadrabianie seriali/książek/komiksów/pracy magisterskiej), wykorzystał(a)byś go za jednym razem, czy używał(a) po trochu.
4. Świat Dysku spoczywa na grzbiecie czterech słoni, które stoją na skorupie wielkiego żółwia światów, A’Tuina, a ty masz za zadanie stworzyć nowy cykl powieści rozgrywający się na Dysku właśnie. O czym i o kim byłby ten cykl?
5. Który gif, albo grafika z Dziewiątym Doktorem jest najdcudowniejszy/a (możecie wybrać więcej niż jedną)?
6. Który ze swoich organów wewnętrznych lubisz najbardziej?
7. Jak ma/miał/będzie mieć na imię twój smok (dinozaur?) i jakiego gatunku jest/był/będzie?
8. Jaką przetworzoną opowieść lubisz najbardziej (niekoniecznie jedną)?
9. Kto wygrałby w pojedynku Doktor-Spock-Vetinari?
10. Gdybyś mógł/mogła wymyślić zwrotkę piosenki Tiary Przydziału, jakby ona brzmiała?
11. Gdzie jest moja krówka?

Do odpowiedzi, na powyższe pytania typujemy** [PT rozgląda się wokół, po czym wydrapuje na podłodze kolejną jedenastkę]:
1.  AnthAnth bloguje, ponieważ najwyraźniej właśnie ponownie rozpoczyna wielki krąg geekowskiego hipsterstwa.
2. Pondera z Ponder Times, bo nigdy dość Pondera piszącego w Internecie o samym sobie.
3. Adeenah z 221B Baker Street z ufnością, iż sprosta zadaniu po królewsku.
4. Álfey z Álfeyowe Bazgroły podtrzymując jednorazową tradycję wymyślania dla niej tematów na posty.
5. Lofney z Czytam i Oglądam – niech się jej blog rozwija.
6. Wariatka z Doktorowo, żeby go nie zaniedbywała tak potwornie.
7. Lierre i/lub Narbeleth z Lasu problemów (popkulturowych), bo ponieważ tak.
8. Eśkę z Eśka (po)tfforzy oraz Aha., bośmy ciekawi. Zgiń, przepadnij, za nominowanie nas, zanim zdążyliśmy wymyślić wszystkie nasze pytania.
9. Iris Vallis z Doliny Kulturalnej, jako że zapoczątkowała pierwszy wielki krąg geekowskiego hipsterstwa.
10. Karę z KARABOSKA, bo pisze o Islandii tak, że chcemy tam być.
11. Zosię z Mhrok zUo i guziki w uszach. Cierp.

Prosimy nie traktować wyzwania zbyt poważnie.


* Tak, jesteśmy nieuczciwi.
** Tak, będzie nepotyzm ;>

wtorek, 2 grudnia 2014

Wirująca Mysz. Gwiazdozbiór

Horoskop dla urodzonych w Roku Wirującej Myszy, zwanym też rokiem 2015, w wieku Anchois:
Gwiazdozbiór Wirującej Myszy nieopodal Małej Nieciekawej Grupy Gwiazd, pod którą urodziły się takie sławy jak maggus Rincewind i... nie, to właściwie byłoby wszystko. Tylko Rincewind. Więc na czym to ja skończyłem? A tak. Osoby urodzone pod i tak dalej i tak dalej, zapowiadają się jako:
Myszy,
Pół-Ludzie, Pół-Myszy,
Dziwne Odmiany Kotów Niejedzące Przedstawicieli Myszowatych,
Zwyczajni Ludzie, Którzy Nigdy Niczego Nie Osiągną,
Niezwyczajni Ludzie, Którzy Nigdy Niczego Nie Osiągną,
Kilku Magów... yyy... [Sprawdza notatki.] A nie, przepraszam, Kilku Magów to inna grupa gwiazd. Co? Że broda mi się odle... Co? Nie, to tak ma być, to celowy efekt, proszę nie przerywać! [Odwraca się gniewnie i stara się dokleić brodę z powrotem.] Dobrze. Co to ja? Wirująca Mysz, tak? OK, lećmy dalej.
Psy,
Niewielka Acz Znacząca Ilość Przyszłych Absolwentów Akademii Pyrdoniańskiej,
Jeden Rassilon,
Ćwierć Omegi Żującego Posoloną Frytkę,
Pani Romanadvoratrelundar,
Wiedźmin Gerard,
Kupić Dwa Jajka... co? Nie, przepraszam, moja pomyłka, przez przypadek wyjąłem z kieszeni listę zakupów. Proszę zapomnieć wszystko, co podałem powyżej. [Odchrząkuje dla efektu.] W Roku Wirującej Myszy urodzą się... niech no ja to znajdę. Nie tu. Tu... też nie. Nie. Nie. Nie tu. Tam? Tak. Tak, dokładnie, tam było. Mam.
[Przeczyszcza gardło.] Oto, posłuchajcie, kto przyjdzie na świat w Roku Wirującej Myszy, dla wygody zwanym rokiem 2015, w wieku Anchois: Wspaniali obywatele miast Ankh i Morpork (w innych miejscach urodzin nie przewiduje się*), gotowi znieść trudy nowych ciężkich podatków, ujednolicenia cen książek, azet, marchewek, biedronek** oraz innych produktów życia codziennego, na prawie „tego, który zarobi najwięcej, na tych frajerach” oraz ludzie łagodni niczym smok podczas polowania na kolejnego drania, który podkradł mu się pod jaskinię i kradł żarcie.

W roku Wirującej Myszy przewiduje się tornada myszy i półmartwych kotów. Bądźcie gotowi, albo kwadratowi.

To był wasz coroczny horoskop. Waszym gospodarzem był w tym roku nowy członek naszego bractwa, mag Wirmis Złotousty. Żegnajcie. Do zobaczenia za rok. Nie, ty nie, widziałem, jak rzucałeś po studiu łupinkami orzeszków. Nie przychodź za rok.


* Co nie oznacza, iż nie nastąpią. Przepowiednie nie mogą dotyczyć absolutnie wszystkiego, to byłoby niezgodne z Regulaminem Pracy Maga Horoskopowego i zawyżałoby niemożebnie stawki, które już i tak są horrendalne.
** Nabywasz Tę Biedronkę Na Własną Odpowiedzialność. Bądź Świadom, Iż Nabyta Przez Ciebie Biedronka Ma Prawo Zażądać Od Ciebie, Jako Swego Prawnego Nabywcy Zabrania Na Twój Koszt Do Isengardu.

niedziela, 30 listopada 2014

Kółka

Powinny być kwadratowe, taka jest ich prawdziwa natura, tym właśnie kółka są, w ludzkich umysłach postrzegane nieodpowiednio. Dlaczego? Śledztwa i śledztwa i śledztwa wykazały udział nieodparty Bezdennie Głupiego Johnsona, który jakąś machiną najpierw uciął kółkom poprzecinkową część pi, a potem niecny zmienił je w okrągłe, bo taki sobie umyślił idealny kształt i uznał, że z kółek będą najlepsze obiekty badawcze.

Być może istnieją wszechświaty, gdzie nie dotarł BG Johnson, tam ktoś inny w coś innego kółka przekształcił, albo pozostawił samym sobie. W światach z samymi kółkami, kwadratowe kółka żyją nieniepokojone, plombując tylko swe domeny, przed wpływem potencjalnych BG Johnsonów – choć o nich nie słyszały (gdyby słyszały, byłoby już po nich) to przecież domyślają się, a im jest dobrze, z pi takim, jak trzeba trzy czternaście cośtam cośtam, dużo cosiów i w kształcie kwadratu.

Kwadraty drżą nocami przed Bezdennie Głupim, zakradającym się pod ich mieszkania.

sobota, 22 listopada 2014

Sprzyjający zbieg okoliczności

Ten zbieg, co zbiegł okolicznościom z jakiegoś powodu nam sprzyja mówiąc, że czarna dziura nie ma włosów i musi być jej łyso, chciałaby mieć długie gęste włosy, lecz żaden środek nie działa. Czarna dziura nie potrafi odgiąć światła, choć nadyma się do granic grawitacyjnej wytrzymałości.

Spytaliśmy zbiega okoliczności, dlaczego nie pomoże czarnej dziurze, ale on sprzyja tylko nam, nie naszym sojusznikom, a już najmniej łysym czarnym dziurom, które tylko by go pochłonęły, choć twierdzą, że wcale nie, że one są miłe i niegroźne i tylko chcą wypustek – stąd całe ich istnienie.

Spytaliśmy dlaczego nam o łysych czarnych dziurach powiedział i przestał nam sprzyjać. Musimy uciekać.

piątek, 14 listopada 2014

Czasoprzestrzenna kaczka

Czasoprzestrzenna kaczka, która została/była/będzie delfinem. Być może ona wcale nie istnieje, a tamto lądowanie naszym złudzeniem, lecz dźwięk się przedostał i istnieje tworząc poczucie bycia właśnie tam. Kosmiczne wielorybkowanie, klak-klak-klak, biegnące w skończoność od kaczki, która brzmi jak delfin, a więc kaczką być nie może, nie w momencie brzmienia. Czy brzmi, gdy nie słuchamy. Brzmi, dla samej siebie. Dźwiękiem siebie kłamie, czy mówi sobie o sobie prawdę, ta wiedza nie dla zewnętrznych przeznaczona, to jej wewnętrzny sekret.

Nie pytajcie, co za różnica, skoro i jedno i drugie pływa – żółw też pływa i niesie na sobie cały świat, ona niesie tylko jeden ludzki twór, poprzez niego niesie nas i możliwą wodę do pływania w środku. To delfin, czy to kaczka nikt nie będzie odpowiadał, czasoprzestrzennie istniejąc może być wszystkim, lecz woda jest ważna z jakiegoś dziwnego powodu – czasoprzestrzenna kaczka będąca delfinem go nie rozumie.

piątek, 7 listopada 2014

Marzenie o żelkach

O żelkach marzymy nieustannie. Przychodzą do nas w snach i w snach sami jesteśmy żelkami prowadzimy wielkie bitwy, pokonujemy żelkowe smoki i żelkowymi smokami jesteśmy, ktoś inny – z żelek, a może z czegoś innego – on pokonuje nas. Żelkowy smok to niezbyt dobra forma dla smoka, zawsze ktoś takiego zje.

O czym marzą żelki. By nie być zjadanymi, by móc przyjść w snach i powiedzieć, przekazać, wysmoczyć żelkowo, żeby ich nie zjadano. To przegrana walka, przeznaczeniem żelki jest być zjedzoną i nawet Doktor to wie. On najbardziej z wszystkich istot propaguje ich zjadanie, dlatego nie jest ich przyjacielem. Żelki w swoich snach śnią o świecie bez Doktora i być może kiedyś ich sen się spełni. To będzie wspaniały dzień.

sobota, 1 listopada 2014

Podróże w czasie tylko dla kotów

Tylko kotom wolno podróżować w czasie, jeśli nie jesteś kotem twoje wycieczki przez czas i/lub przestrzeń są wyimaginowane, nieprawdziwe nawet, jeśli naprawdę lubiłeś ten płaszcz, który musiałeś oddać Napoleonowi. Nie było cię tam. Ten obraz z Napoleonem w twoich butach to podróbka.

Koty podróżują przez czas, lecz o tym nikomu nie opowiadają i tylko niekiedy da się zauważyć, jak zauważył taki jeden na Sz., że kot czasem jest, a czasem go nie ma i potem dorobił do tego dziwną teorię, żeby nie wzięli go za wariata. Dziś myślą, że to geniusz (być może faktycznie nim jest), lecz cóż on może wiedzieć w porównaniu do tego, o czym wiedzą koty.

Władcy Czasu istnieją i są kotami, kocimi jaszczurkami o wyglądzie ludzi, być może też – jeśli zabiorą cię w podróż z sobą, to może ten Napoleon naprawdę odebrał ci płaszcz.

Dlaczego koty podróżują w czasie. Ponieważ mogą. Znikają w szczelinach i pojawiają się gdzie indziej i kiedy indziej, podczas gdy ty myślisz, że całymi dniami tylko leniwie śpią.

sobota, 25 października 2014

Chrupanie Platona

Za chrupanie dziękujcie Zosi.

Chrupanie zdarza się zębom, niektóre są pod tym względem bardziej uprzywilejowane chrupiąc nawet tym, czym się chrupać nie da i wcale wtedy nie chrupią same o siebie. Są też zęby nieuprzywilejowane, które nie chrupią niczym nawet, jeśli to coś powinno chrupać, gdy znajdzie się w zębów uścisku. Nie stwierdzono chrupania pośredniego, więc ludziom się zdaje, że ono zwykle występuje. Inaczej popadliby w szaleństwo.

Chrupanie zdarza się pod klawiaturami, w klawiaturach, gdy coś twardego wpadnie pod klawisze, lub gdy tylko zdaje się, że coś pod nie wpadło, a tam niczego, oprócz zwykłych cywilizacji w ogromnym, bliskointernetowym sąsiedztwie, dążących do odkrycia spamowodzi, nie ma. Chrupiąc klawiaturą, zmagając się z jej wymaganiami palce marzą o klawiaturze Platona, stworzeniu idealnym, którym podług neoplatońskiej legendy miał posługiwać się żyjący w świecie pozajaskinnym Platon. Nieuświadomione palce marzą półsennie, wykonując zlecane przez mózg zadania, o dniu, w którym chrupanie już nie będzie pod klawiaturami konieczne. Marzą o dniu, gdy archeolodzy odkryją klawiaturę Platona, nauczając świat jej tajników i sekretów, w tym tego najważniejszego: idealnej płynności pomiędzy naciskaniem, a pojawianiem się znaków na ekranie.

Neoplatońska legenda nie mówi, że to Platon rzucał cienie. Ani, że jego klawiatura chrupała pod każdym jednym klawiszem, doprowadzając swego pana do szewskiej pasji, a nie mógł jej naprawić oślepiany tym cholernym blaskiem, który docierał wszędzie poza jaskinią.

wtorek, 21 października 2014

Sernik

Sterowniki w serniku nie są lepsze od rodzynek, ani nawet od skórki pomarańczowej, ale wciąż są zjadliwe. To takie małe stworki jak chrabąszcze zrobione z metalu, krzemu i innych tworzyw pozwalających im sterować sernikiem.

Czy sernik jest sterowany? Czy jest sterowany obcą inteligencją? Jakie są plany sterujących sernikiem i czy sernik z rodzynkami jest bezpieczny? Tak. Rodzynki w serniku też wykonane zostały z tworzyw. Skórka pomarańczowa, ani ser nie.

Sterowniki bez sernika są samotne i opuszczone, nigdzie indziej nie czują się tak, jak w serniku. Nigdy nie będą w pełni szczęśliwe w komputerach i innych układach sterowniczych. Może więc w serniku są wolne, umieszczają się tam, bo chcą, a nie ponieważ ktokolwiek życzy sobie sernikiem sterować? Być może sernikiem steruje cywilizacja rodzynków chcąca mieć sernik tylko dla siebie.

Nikt nigdy nie widział sterowników w serniku, ale one o tym nieustannie śnią. Śnią o pokonaniu swych okrutnych panów, rodzynków, które eony temu podbiły znany sterownikom świat.

czwartek, 16 października 2014

Orzech

Jako rzecze sam sir Terry, orzech wygląda w środku niby mózg ludzki. Lecz czy każdy orzech, takim bywa, skoro nawet niektóre spośród tych włoskich, tendencję mają do pozostawania uparcie pustymi, niby głowa ludzka mózgiem nietknięta, co nasuwa pewną myśl. Orzech jest odpowiednikiem ludzkiej głowy, lecz ty nigdy nie będziesz wiedział, której.

Im więcej orzecha w środku, tym więcej w środku jego człowieka, mózgu, im bardziej orzech pomarszczony tym mózg mu odpowiedni marniejszy. Zjadając orzechy przyczyniasz się do znikania mózgów i nie wolno ci wiedzieć, ani wybrać, których – czy zniszczysz babcię, albo dziadka, czy najgłupszego z sąsiadów. To dlatego nie można jeść za dużo orzechów, żeby nie zniknąć za jednym zamachem za dużo ludzi, zjada się i tak przede wszystkim najlepsze orzechy – te puste pozostają. Rozłupane.

Pewnego dnia, wszystkie mózgi znikną zjedzone przez Wielki Pochłaniacz Orzechów (WPO). Być może zrównoważy je coś, co zawierają orzechy laskowe, albo ziemne. Potem WPO pochłonie i te i inne. Nie będzie już orzechów i tylko głupi ludzie bez mózgów.

wtorek, 7 października 2014

Chronarch, czyli słowa, które brzmią

Słowo, żeby brzmieć musi mieć coś takiego oprócz brzmienia w znaczeniu, żeby brzmieniu nadawać dodatkowego piękna. Kapusta nigdy nie będzie brzmieć, chrabąszcz może i owszem. Chronarch brzmi całym swoim znaczeniem, wyczuwanym przez umysłowe opuszki palców, po omacku rozpoznające jego kształt, lecz to znaczenie nie musi być logiczne, dla oczu i uszu, tak jak u Chronarcha jest.

W słowach, które brzmią forma przemyca w sobie ich treść (wyimaginowaną, prawdziwą, jedną i dwie i kilka naraz), rozumianą intuicyjnie, skojarzeniowo, potem sprawdziwszy takie słowo jeszcze pięknieje w swoim brzmieniu, intuicyjność pozostaje głównym sposobem jego odbioru. Słów, które brzmią nie ma wiele, lecz to one przyciągają do siebie mózg.

Chronarch może być sam w sobie paskudnym stworzeniem, ale to, co niesie jego nazwa jest obietnicą czegoś wspaniałego. Czegoś, co najlepsze jest w domyśleniu, niczym jeszcze nierozpakowany prezent – taki, którego opakowania nigdy się nie wyrzuci, żeby móc do niego wracać i na nie patrzeć, dotykać umysłowymi palcami i się nim zachwycać.

sobota, 4 października 2014

Ciastka

Ciastka, kreatury z mroku, o świecących oczach z czekolady. Poruszają się pośród cieni nieniepokojone przez nikogo, kto nie jest ciastkiem, wśród wiecznienocnych lasów, pokrywających całą Ziemię. Kiedyś były tu inne stworzenia, ale tylko ciastka – dawniej zjadane w ofierze dla ciastkowego boga, który zwał się Potworem – przetrwały. Może dlatego, że to był ich bóg.

Niezrozumienie pism. To ono nakazywało zjadaczom, kimkolwiek byli, moczyć ciastka w herbacie i kawie i pochłaniać wyznawców tego, ku któremu kierowali te ofiary. Dziś to ciastka przemykają niezauważane, pijąc z herbacianych, czy kawowych źródeł i rzek, pachnąc oszałamiająco swymi ciastkowymi aromatami. Już nie wierzą w niebieskiego boga, który po wielokroć je zawiódł. On także umarł razem z ich zjadaczami.

Wśród lasów, polan, dolin i gór opatulonych ciemnością niektóre z ciastek unoszą głowy w górę, zastanawiając się, czy tam nie powinno czegoś jeszcze być, co powodowało pływami i mnóstwem innych rzeczy, ale on odszedł – zerwał się dawno temu, opuszczając Ziemię na początku uciastkowienia, wprawiając w smutek te stworzenia, które do niego wyły. Wkrótce potem zostały tylko ciastka i las. Być może te pozostałe umarły ze smutku i osamotnienia. Ciastka nie znają takich uczuć. Są wypiekami, które...

Zmutowały?

...być może. Znają zastanowienie i niepewność. Być może niepokój, lecz już od dawna nie musiały go odczuwać. Kraina ciemności jest spokojna i bezpieczna.

One, kreatury mroku, nierobiące więcej siebie, niewalczące, niejedzące, nieumierające. Gdyby istniał jeszcze ktoś ze zjadaczy nadałby im nazwy. Potem wszystkie by zjadł.

wtorek, 30 września 2014

Deszcz w jeżu

Bo jeż w środku składa się z deszczu. Organy ma tylko tymczasowe, gdy deszcz trochę słabnie, chwilowo prawie się ustalając. Gdy zaczyna padać mocniej w środku jeża nie grupuje się już w organy jak u innych zwierząt, a w organiczne wodne krople, moczące jeża od wewnątrz w ciemności, nakazujące wyjść mu na deszcz i chwytać go w otwarty pyszczek. W ten sposób deszcz w jeżu staje się jednością z deszczem poza jeżem.

Adekwatne wydry są z deszczu na zewnątrz i w środku. Radosne jak tylko wydry potrafią być zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy, woda to więcej niż ich dom. A może wcale ich nie ma i tylko zdaje się obserwującym nadrzeczny nocny deszcz jeżom, że je widzą, jak brykają i wydrzą się prawie niedostrzegalne w deszczu. Może jeże nie chcą być same w swej odmienności, a może wydry naprawdę tam są (nawet jeśli znikną gdy przestanie padać) i wprawiają jeże w deszczu i deszcz w jeżach w jesienną radość.

czwartek, 25 września 2014

Jeż w deszczu

Deszcz jest dobry. Jeże mokną w deszczu. Woda nie powinna tak spadać z góry w dół i moczyć jeży w ich ciepłych przemakalnych swetrach. Bądź jeżem. Moknij w deszczu pośród liści, gnijących jabłek, orzechów, albo trawy. Deszcz jest dobry i mimo że nie powinien padać na jeże i ich moczyć w ich przemakalnych swetrach, jeże go lubią.

Najbardziej lubią go w nocy. Jaskółki i inne chowają się na deszcz, dżdżownice wychodzą na powierzchnię. Jeże czekają aż nikt nie będzie patrzył, a potem wkładają swoje swetry, jak ludzie płaszcze od deszczu i idą moknąć.

Odróżnianie mokrych jeży od mokrych jeży. To zabawa dla zaawansowanych i do zrobienia tylko w deszczu, samemu moknąc. Trzeba poczuć ciężar deszczu i zjeżeć wystarczająco, by moknących jeży nie przestraszyć i móc zagrać w ich odróżnianie od siebie samych.

Bycie mokrym jeżem w swetrze jest prawie tak fajne jak sam deszcz. Grając w odróżnianie, z czasem nauczysz się, jak być mokrym jeżem, a może nawet – jeśli będziesz tego chciał – uda ci się jednym zostać i moknąć w czymś, co nie ma prawa istnieć. Deszcz to zbyt dzikie stworzenie, by się nim stać.

sobota, 20 września 2014

Wzór węża

To nie jest wcale tak łatwo znaleźć węża idealnego. Myślisz sobie, że dobry wąż powinien umieć zjeść słonia, ale czy koniecznie musi, a czy nie mógłby w zamian zjeść żyrafy? Żyrafa ma dłuższą szyję, więc by się fajnie w węża wpasowała, a że nie jest giętka jak trąba słonia to jeszcze by robiła w wężu za prostownik przez te pół roku zanim wąż by ją strawił. Ale czy słoń, czy żyrafa to i tak jest wpasowanie się w węża ogromnie dużego nawet, jeśli to by były tylko słoniowe i żyrafie dzieci. Taki wąż nie nadaje się na wzór.

Dobry wąż nie może być za długi, no chyba, że ogrodowy, to nie tylko będzie syczał, ale i cały ogródek nim podlejesz, ale taki zwykły nieogrodowy to dobry jest w długościach malutkich – mieszczących w sobie, co najwyżej jakieś większe mrówki – i w długościach przeciętnych, które zjedzą mysz, czy innego krwiożerczego królika. Wzór węża to wąż polujący na zUe króliki.

I jeszcze wzór węża musi umieć w matematykę. Niekoniecznie, że liczyć, ale wygiąć się w cyfry i te inne matematyczne znaczki, których nie uczą w szkołach, choć nawet wzorowi węża trudno będzie wygiąć się w to dziwne duże E, ale bez problemu powinien umieć robić trzy jak przewrócony ptak z dziecięcego obrazka, siedem bez tej śmiesznej poziomej kreski i nieskończoność jak znak doskonałości po wieczność gryzącej się w ogon. Nie pytajcie dlaczego musi. Jeśli chce być wzorowym wężem powinien takim być.

piątek, 19 września 2014

Książka: mity o

Czytanie to nie jest czynność skomplikowana, mnie książkę przeczyta kilkuletnie dziecko, część z tych dzieciaków nawet uczy się czytać całkiem sama, i nieistotne czy jestem Dukajem, Dickiem, Arystotelesem, Rowlingową, czy może panią Meyer, dziecko zrozumie mnie bez najmniejszych problemów, ba nawet jak jestem książką naukową pełną terminologii dziecko, które czytać umie – a nie wszystkie umieją, na moje totalne nieprzejmowanie się tą kwestią, nie wymarł całkiem ród analfabetów – to, choć pisana jestem inną polszczyzną dziecko przysiądzie ze słownikiem i przeczyta i będzie wiedzieć, czego jeszcze przed chwilą nie wiedziało. Ale to nie poszerzy mu umysłu i horyzontów w żadnym wypadku, no jakże by miało. Ja nie bawię się w wyobraźnię nieprzestrzenną, koncepcyjną, logistyczną czy strategiczną, nie nauczę cię jak patrzeć na sytuacje konfliktowe i niekonfliktowe z wielu różnych stron, nie poszerzę twojego rozumienia świata, jam jest czystą rozrywką. I nie obchodzi mnie, że „sztuka dla sztuki” is so Młoda Polska i że nawet wtedy była to koncepcja szeroko wyśmiewana.

Nigdy nie jestem obrazowa, obrazowość to mit wymyślony przez badaczy oraz krytyków literatury mający wmówić moim mniej autorytatywnym czytelnikom, iż ja potrafię rozwijać wyobraźnię przestrzenną. Bzdura na resorach moi państwo, ja tylko i wyłącznie opisuję, że ona miała włosy ciemne, a długie i faliste, że on był przystojny co niemiara, a wzgórze było urwiste i opisuję tak dokładnie jak tylko potrafię, dla wyobraźni najmniejszego miejsca nie zostawiając, lecz me opisy są jak przystało nie obrazowe a czytelnika nużące, bo ja muszę zawsze opisać dokładnie każdy liść i nic mnie nie obchodzi, że czytelnik wie, jak liście wyglądają, i że mu do wyobrażenia wystarczy jak postawię w sobie li i jedynie, że to było drzewo. Nicto, że słowa to znaczki, koncept abstrakcyjny, który nijak się ma do ładnej dziewczyny, przystojnego chłopca i wzgórza urwistego – jest napisane, znaczy: nie trzeba już sobie nic wyobrażać. Wyobrażają sobie jedynie ci, którym zostanie pokazane, jak w grach, albo filmie.

Szkoła uczy jak mnie czytać już małe dzieci, o tym mówiłam, ale są tacy – dorośli – którzy twierdzą, że szkoła nie uczy czytania ze zrozumieniem. No proszę państwa, bądźmy poważni. Skoro szkoła uczy swych podopiecznych mnie czytać, to jasnym jest, że czyni to porządnie, tak by wychodzący z niej młodzi ludzie z łatwością potrafili nie tylko przebić się przez najtrudniejsze moje teksty (zwąc mnie do tego literaturą piękną), ale też uczy mnie rozumieć i rozważać na płaszczyznach filozoficznej, światopoglądowej, budowania świata przedstawionego i postaci i wielu, wielu innych czynników, które jakoby mam z sobą nieść. Choć – jako żywo – nie niosę. Nie uczę też ortografii. To jest zadanie szkoły, a nie moje, nawet bardziej niż uczenie czytania, a skoro ona nauczy, to po co ja mam uczyć tego samego po raz drugi? A jak to jest jakaś bardzo zła szkoła, która nie potrafi nauczyć ortografii, choćby posyłała na zajęcia wyrównawcze i wpajała zasady ortograficzne na okrągło: niezawodny to znak, nie że powinieneś czytać więcej, lecz żeś jest dysortografik i jedyny ratunek dla ciebie leży w pracy z dedykowanym zagadnieniu psychologiem, a nie we mnie.

Są też ludzie określający się mianem moli książkowych. Nie dlatego, by mnie kochali (o bynajmniej!), a po temu, by móc snobistycznie wywyższać się nad ludźmi mnie nieczytającymi. Nie wierzcie ich argumentom typu „no bo jak ja mam zbudować więź z człowiekiem, z którym nie mogę porozmawiać o tym, co mnie fascynuje” i innych podobnych w wydźwięku. To tylko zwodzenie interlokutorów, mające maskować zwyczajną potrzebę łechtania swego ego, przez tych tak zwanych moli książkowych, którzy uważają, że ja niosę ze sobą jakąś głębię. Ba! Są pośród nich tacy bezczelnicy, którzy odważają się twierdzić, iż nawet największa grafomania, niesie ze sobą wartość dodaną. Jak oni śmią! Ja nie mam niczego uczyć, nikogo i nigdy. Nie po to mnie wymyślano.

Pamiętaj więc, że ja cię nie nauczę myśleć, choćbyś nie wiem jakie zalążki po temu posiadał. Myśleć musisz umieć sam z siebie. Po mnie sięgaj tylko dla rozrywki.

czwartek, 11 września 2014

Jeleń

Tylko Jeleń ma prawo komentować ten post.


Uwaga, ukryty kontent.


Jeleń szlachetny (Cerveus elaphus). Raczej nie. Ot taki sobie zwykły jelonek mutant (Cervus mutantus).

Ta nazwa, jakkolwiek nie do końca adekwatna obejmuje: Jelenia zamieszkałego wraz ze swoim rodzajem w Europie, pododmianę karzełków (zdecydowanie ten przypadek), które przewędrować i o suchym chlebie i wodzie potrafią ze Szkocji, Korsyki i Sardynii a nawet jelenie z Ameryki Północnej (gdzie nazywa się je jakimś dziwnym słowem na wu, którego i tak nikt o ludzkiej jamie mownej nie jest w stanie wymówić), także do Europy z lubością wędrujące przez sam Pacyfik i Azję, w poważaniu mając wodę, w której zgodnie z fizyką powinny się zanurzyć (i utonąć?).

Podobno samce jelenia mają metr i trzydzieści centymetrów na zbyciu i – co jako żywo stoi za absolutną nieprawdę – jako jedyne posiadają poroża. Nasz Jeleń zdecydowanie ma poroże, pomimo prostego faktu iż nie jest samcem. Naszego Jelenia już wkrótce czeka jednak rozczarowanie, dorocznego gubienia poroża, które – większe i wspanialsze – powróci doń dopiero wiosną. W tym okresie jeleń wchodzi w okres nieprzebytego mroku i przemiany, który zaiste jest najniebezpieczniejszym tak dla Jelenia, jak i dla jego towarzyszy czasem w roku. Często tylko to, że jelenie są nadzwyczaj adaptacyjne, a co za tym idzie wręcz wtapiają się w środowisko, pozwala im ten okres ciemności przetrwać, gdy same stają się jej częścią. Może to środowisko łatwo przystosowuje się do jeleni, które są ciemnością i ciemność im prawdziwym porożem.

Jelenie zamieszkują dziwne krainy, w których rośnie coś, co wygląda jak drzewa, choć wcale nimi nie jest. Tych krain, niebędąc jeleniem, należy się strzec jak ognia. Trzeba tu również nadmienić, że jelenie to drapieżniki, żywiące się ludzkim mięsem, młodymi jeleniami, owcami i trawą. Nie podchodźcie do nich. To pułapka. Już nigdy nie wrócicie do domu.

Wraz z odrastaniem poroży przychodzi czas narodzin młodych jeleni, których sierść w białe plamki wyraźnie oznajmia innym jeleniom „pyszne jedzenie”. Dla ich ochrony matki odprawiają wokół swoich młodych czary i staczają w tym okresie walki z innymi, zbyt blisko podchodzącymi jeleniami. Walki te często kończą się śmiercią jelenich matek. W takim obrocie spraw już tylko siła ich magii może ochronić młode przed zjedzeniem, pozwalając im nie zdechnąć z głodu zanim nie przestaną potrzebować mleka oraz wyrosnąć na krwiożercze bestie.

To było krótkie opisanie jeleni, dla uczczenia Jelenia.

Punkt wyjścia.

poniedziałek, 8 września 2014

Katedra-niewidka

Stajesz za nią i nie widać cię do połowy, choć niestety jest to losowy czynnik i nie masz wpływu na to, którą połowę obejmie pole niewidzialności katedry. Chyba że się położysz, to wtedy nie będzie cię widać wcale poza być może – czasami – składową boczną, jeśli twoja katedra-niewidka okaże się być egzemplarzem wadliwym*. Ale to już nie twój problem, tylko studentów, którzy twierdzić będą, że cię widzą, gdy widzieć nie mogą.

Przechlapane jest być studentem u profesorów wykorzystujących katedry-niewidki. Trzeba udawać, że się nie słyszy, co profesor mówi i nie robić notatek (profesor patrzy zza katedry), a na egzamin należy umieć, bo inaczej dwója. No chyba, że akurat widać górną połowę profesora, to wtedy notatki są dozwolone. Choć – jak wynika z przeprowadzanych eksperymentów – widoczni górnie profesorowie nie wykazują ochoty by wykazać się umiejętnością mówienia. Nie odkryto jeszcze, czy efekt ten wywołuje sama katedra-niewidka, czy też wpatrujące się w zdumieniu w profesora grono studenckie***, jakkolwiek zwykle mija on po opuszczeniu przez profesora rzeczonej katedry, co połączone jest z ucieczką przed studentami. Niektórzy profesorowie mają skłonność do mamrotania wtedy fraz w stylu „Są gorsi niż sowy” i innych równie bzdurnych inwokacji.

Stanowczo odradzamy studentom wchodzenie za katedrę-niewidkę. Taki wybryk skutkować może w najlepszym wypadku natychmiastowym sprofesorzeniem. A nie jest się profesorem tej uczelni i nikt jeszcze-przed-chwilą-studentowi za siedzenie na katedrze (tudzież za katedrą) nie zapłaci. Póki co nie udało się odwrócić tego procesu, choć przejście-na-emeryturę, jakkolwiek wywołuje kontrowersje wśród uczonych****, zdaje się być obiecujące. O najgorszych przypadkach nie chcemy tutaj***** mówić.


* Za wady nie odpowiadamy – Tajna Ekologiczna Manufaktura Produkująca Ontologiczne Katedry-Niewidki Oraz Inne Rzeczy O Których Urządzeniu Będzie Ani Tu Mówić Arcyciekawie Nocą Anihilowaną. [TEMPO:K.N.O.**IROKUBATMANA]
** Nikt jeszcze nie odkrył co znaczą te trzy litery, ale wyniki eksperymentów mówią, że na pewno coś znaczą.
*** Studenci zawsze się tak gapią, najwyraźniej marząc, by profesora jednak nie było w sali. Oni już sobie jakoś zdobędą notatki.
**** Chodzi tu o słynny konflikt „I kto za to wszystko zpłaci!” z modyfikacją boczną „Uczelnia/Odpowiedni Urząd nie będzie płacić za utrzymanie dopiero-co-studenta na emeryturze. Dopiero-co-student nie był naszym profesorem/nie opłacał był ZUS-owskich składek emerytalnych”.
***** Ani nigdzie indziej.

piątek, 5 września 2014

Buty

Buty zawsze są za ciasne i tylko my upieramy się, że wystarczy je rozchodzić, a one jakoś naszą perswazją przekonane ulegają, dopasowują się, powiększają niezauważenie odrobinę. Jakby chciały nam dopomóc, poprawić nastrój tego dnia, gdy wreszcie „się rozchodzą”. Ale tak naprawdę te „w sam raz” zawsze są za ciasne – to część ich natury.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Dzień Blogera 2014

Czyli dzień, w którym blogerzy polecają swoim czytelnikom inne blogi. W tym roku prawie nikt z czytanych przez nas blogerów nie napisał swojego wpisu, ale my postanowiliśmy spróbować i przedstawić wam krótko pięć blogów, które nasz absurdalny mózg uwielbia, albo przynajmniej lubi. Postaramy się nie być oczywiści, bo, wy, którzy w ogóle tu zaglądacie na pewno znacie też takie Zwierza, Chatolandię, Kiciputka, tattwę i inne równie znane w okołogeekowskiej blogosferze blogi. Co do polecanych poniżej, w sumie to w większości są blogi naszych znajomych i możecie sądzić o tym, co chcecie, ale my po prostu lubimy tam zaglądać.

1. Anth bloguje – Anth pisuje nieczęsto, ale jak już pisze to ciekawie, a to o wytworach kultury brytyjskiej, a to o wydarzeniach kulturalnych w Polsce (Opener), tudzież o zjawiskach ogólnointernetowych – jednym słowem, jej blog to takie miejsce na myśli młodego geeka. Coś jak nasz ziemniak, tylko więcej ludzi ją czyta.

2. Las problemów (popkulturowych) – czyli blog Lierre i Narbeleth, który rozbiera na części pierwsze różne aspekty seriali i książek sadząc nam internetowy las. Niby podobnie jak u Anth, a jednak zupełnie inaczej.

3. KARABOSKA – Kara prowadzi blog, w którym relacjonuje swoje wyprawy, czy będzie to pobyt na Islandii (którą osobiście kochamy), czy kilkumiesięczna wyprawa przez całe Stany Zjednoczone, szlakiem korzeni i tego jaka ta Ameryka na co dzień jest.

4. Efka i koty – jeden z pierwszych blogów jakie śledziliśmy i, które śledzimy wciąż. Efka pisze o swoich kotach i swojej twórczości, która się wokół kotów kręci. To taki codzienny koci miszmasz, do którego z przyjemnością się wraca, po geekowskich i absurdalnych dziwacznościach.

5. Deertube – tumblr, ale tumblr autorski, na którym Jeleń postuje swoje wytwory. Jeleń ma talent i jest jeleniem.

6. Mhrok, zUo i guziki – Zosia jest żółwiem, ale jej blog nie jest poświęcony żółwiom. To miejsce na Zosię, matematykę, dziwne (i takie bardziej na poważnie) rozkminy, a nawet na przygodę z betowaniem naszych tekstów.

7. Ponder Times – Ponder to nie żadne zwierzątko, no chyba że za takie uznamy buca i trolla, ale musimy uczciwie przyznać, że jest to buc i troll samoświadomy. Lubimy Pondera, ale czasem mamy ochotę przyłożyć mu czymś ciężkim. Niech to będzie dla was najlepsza rekomendacja. A, no i Ponder jest strasznie leniwy.


Tak, nie umiemy liczyć do pięciu. Zosia umie.

sobota, 30 sierpnia 2014

Rzeczy większe w środku

1. TARDIS.
2. Mózg. Nie każdy. Do środka prowadzi wiele wejść, on – gdy żywy – nie wychodzi na zewnątrz z sobą, a w siebie wchłania to, co poza nim. To nie ograniczenie, to skłonność do powiększania się – kiedy wszystko zostaje mózgiem.
3. Niewidoczny Uniwersytet.
4. Biblioteka. Uwaga: Jedna książka jest biblioteką, jeśli jest większa w środku. Milion książek nie jest biblioteką, jeśli żadna z nich nie jest większa w środku. Tylko książki większe w środku są biblioteką. Uwaga 2: Istnieje jedna biblioteka.
5. Piosenka. Też nie każda. Ale są takie, które wciągną cię całego do środka i już nigdy nie wypuszczą. Zostaniesz na zawsze z nimi. I wcale nie chodzi o to, że... Nie musisz rozumieć słów.
6. Dziurawa siatka. To kłamstwo. Dziury są w siatce zainstalowane z definicji. Siatka posiada „w środku” tylko warunkowo.
7. Torebka Mary Poppins.
8. Nieotwierające się gify.
9. Od lat nieotwierana szafa. Uwaga: Może okazać się TARDIS z działającym Obwodem Kameleona, gdy:
            a) to nie ty jesteś pierwotnym posiadaczem szafy,
            b) oprócz szafy posiadasz również dawno nieotwierany staroświecki zegarek.
10. Kosmos. Z zewnątrz ta drobinka wygląda niepozornie, ale w środku jest ogromna. Możecie mi wierzyć. Widziałam.
11. Urządzenia elektroniczne.
12. Nierozpakowana walizka, którą będziesz musiał ponownie spakować.
13. Szafki z Ikei. Tam naprawdę jest miejsce na jeszcze jedną śrubkę. Zestaw jest pełny, to tylko ty nie umiesz znaleźć miejsca, w którym jest miejsce na „nadmiarowe” elementy.
14. Czasem zdaje się nam, że czarna dziura. Ale to tylko złudzenie. Prawda?
15. Żółw. W tej skorupie mieści się więcej niż można by przypuszczać. To żółwioschron.

Gdzie one mieszczą tę przestrzeń? Wewnątrz. Pamiętacie? 2+2=4 tylko w matematyce. A my nie jesteśmy matematyką.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Co robiłem na wakacjach [sikający pies] [sikający pies] [sikający pies]

Relacja dla tych, których nie było, żeby nam zazdrościli.

Pociąg linii Poznań-Gdańsk razy dwa, nasze nieogarnięte ogarnięcie, wyburzony dworzec, czekanie na Agę i Tunera i próba słuchania o dziwo absolutnie wyraźnych i zrozumiałych komunikatów w dużej części zagłuszanych przez ludzi budujących nowy dworzec.

Kiedy pociągi są dwa, ten, który jest za ładny, nie będzie twoim pociągiem. Niemniej przyjemnie sobie nań popatrzeć.
Lubimy jeździć pociągami, ale najbardziej lubimy jeździć pociągami z innymi ludźmi, kiedy możemy nie tylko cieszyć się jazdą samą w sobie, kiedy już podróż jest częścią konwentu tak naprawdę. Więc dzięki, Ago i Tunerze, że udało się nam pojechać chociaż w tę stronę w jednym przedziale i wagonie. To już, zaczęło się i jest dobrze, choć jak zwykle pojawia się świadomość, że znów skończy się zbyt szybko. Ale to właśnie te spotkania dają nam energię do dalszego bycia dziwnym. To one upewniają nas w tym, że być dziwnym znaczy coś najlepszego na świecie.

Refleksja okołodworcowa. W Bydgoszczy dworzec był brzydki, a obecnie nie ma go wcale, lecz ulica z przystankami komunikacji miejskiej jest brukowana i miło się tam siedzi, czekając na tramwaj lub autobus, dworzec w Gdańsku jest piękny, lecz tuż obok niego miejsce ma dość obskurne przejście międzydworcowo-przystankowe.

Co dziwne, na miejscu prawie nie rozmawiamy o Pratchetcie. Co nie dziwne, nie brakuje nam tematów do rozmów i rzeczy do zrobienia. Przez te pięć lat znalazło się nam więcej wspólnych płaszczyzn niż tylko książki Mistrza. To takie dziwne, strona już praktycznie umarła (choć jeszcze czasem, ktoś tam się pojawia), a jednak my trwamy i nie zanosi się na to, żebyśmy mieli kiedyś przestać. To znaczy na pewno kiedyś w końcu wszyscy umrzemy, ale to insza inszość. Tymczasem zaś: Zosia ma plan, który udaje się tak jak zawsze, to znaczy nie w całości, ale nam to zupełnie nie przeszkadza, chociaż Zosia na pewno mocno liczyła na to zoo. Niestety musimy jej wystarczyć my*, czyli jak na razie Afro, ORety, Sylwia, Eśka, Arsis, my, Aga i Tuner. W jakiś dziwny sposób dobrani kolorystycznie**.

Jelenie bywają dziwnie humanoidalnie.
Natomiast po nas zupełnie nie widać żyrafiości. Dobrze się maskujemy.

Rzułf. Oni mieli lepszy transparent niż my dwa lata temu.
Zwierzyniec. Żółw, Dalek, dinozaurożyrafocośtam, jeleń, harcerka, wilkołak... 
Te rogi trochę nie wyszły. Zosia nie została morderczym królikiem.
Dobrym pomysłem... yyy... to znaczy, czymś, co wyszło w ostatniej chwili, bo okazało się, że normalne noclegi są zabukowane, było spanie w domu Halszki, która na konwencie się nie pojawiła. Zawsze to wygodniejszy... sen. Tak, oczywiście, wcale nie graliśmy w gry do samego rana i prawie wcale nie spaliśmy przez te trzy dni. O, a wiecie, że dom Halszki zawierał cukier, który był solą? Dobrze, że nie chciało się nam tego pierwszego popołudnia pić herbaty.







Potem Zosia pokazała nam, że Gdańsk ma antykwariat z fantastyką – także tą najnowszą, a potem zabrała nas na bardzo dobre i bardzo tanie koktajle (w ogóle Gdańsk jest chyba tańszy od Bydgoszczy, mimo że to zdecydowanie większe miasto). A po koktajlach czas coś zjeść, a kiedy nie wiadomo co zjeść, to najlepiej zjeść pizzę.



Koktajle takie dobre. Koktajle takie tanie.
Atomowa pizza.






Więcej zdjęć z pizzerii.
O, jaki dziwny guziczek. W Bydgoszczy takich nie ma, w Bydgoszczy są inne.


Co robią nerdy, kiedy są po raz pierwszy w Gdańsku? Nerdy idą do biblioteki i bukują się w działach komiksowym i dziecięcym.

Biblioteka to zawsze dobre miejsce do odwiedzenia, a gdy można tam jeszcze pograć w wyścigi, to już w ogóle jest szczęście do kwadratu. Jednak nie siedzimy tam bardzo długo, Zosia ma w planach morze i chyba każde z nas chciało tam pojechać. Nad morzem próbujemy odczytać, zrozumieć, o czym komunikują się widoczne na horyzoncie statki.










Morze i my.
Gooseberry. Miałeś być kamyczkiem, ale musi wystarczyć ci muszelka, która pozostała nad morzem.
Kolejny etap, coś do wypicia nad morzem, gdzie dołączyła do nas Ala, szybkie zakupy (cukier!) i powrót do mieszkania. Potem Aga i Tuner pojechali do kuzynki, u której nocowali, a ORety odjechała w siną dal... to znaczy do Warszawy. Kilka godzin później skończyliśmy grać i Zosia, Arsis, Sylwia i Esia poszły do swoich domów. Tak skończył się pierwszy dzień.




Koci klon.

Chyba najwięcej w ciągu tych trzech dni graliśmy w Johnny'ego Deppa.
Karty przeciwko ludzkości za pierwszym razem bawią strasznie, potem znika element zaskoczenia.





Folia bąbelkowa – nic lepszego ludzkość już nie wymyśli.
Zmagania Afro: Początek

Rozmowy, jedzenie, herbata i gry do samego rana. 
A po czterech godzinach snu czas wstać. To znaczy niekoniecznie czas wstać, bo to tylko my i dlatego, że w sumie byliśmy już wyspani całkiem. Jednak wstać, zjeść, poczytać, zanim obudził się Afro, a nie tak długo po nim Polly – poranne rozmowy o grafice w książkach, o książkach, o studiach i innych rzeczach w oczekiwaniu na pojawienie się Zosi et. co.

Czas wybrać się na starówkę.




Oczywiście trzeba mieć i zdjęcie w tym stylu, inaczej wyjazd nie liczy się pod kątem turystycznym.
Pan grał na czymś dziwnym, co fajnie brzmiało, ale nie wiedzieliśmy jak się to nazywa.





Macanie makiety.

Gdańsk, miasto żółwi.

Więcej macania.
Gdzieś po drodze dołączyła do nas Esia i poszliśmy odebrać Havelocka, który przywiózł z sobą fez.


Esia, a.k.a. Jan Heweliusz.



Patrycjusz in disguise.

Ktoś tu posiada modowy Hive Mind.
Jeśli jeść, to w Pyra Barze. Pyra Bar to świetne miejsce dla ludzi, którzy (tak jak my) wielbią ziemniaki i tak jak my nie mają dużo pieniędzy na jedzenie. A gdy już zjedliśmy, dotarła do nas Sylwia z koleżanką, by także coś zjeść. I rozdzielić się. Sylwia została, Ania poszła w swoim kierunku.


Nasz pierwszy w życiu cydr.
Fez.
Żółw i my. To znaczy nie my, nas tu nie ma.
Potem wróciliśmy do domu Halszki, poczekaliśmy na Dorotę, tak że było nas dokładnie siedemplusjeden (tak jak poprzedniej nocy, gdy graliśmy w Karty Przeciwko Ludzkości) i – zanim odjechała Polly – odbyliśmy drużynową rozgrywkę w Wiedźmy, które z sobą przywiozła. Wiedźmy to naprawdę świetna gra.
A więc: jak w to się gra?
Odraza do fezu.



No to może zrobimy tak... 

A potem nadszedł czas, by odprowadzić Polly na jej wyprawę w tym samym kierunku co ORety, zaś Dorota znikła na kilka godzin z rodziną.








O, jeszcze jeden.
We’re judging you.
A gdy Polly pojechała, dołączyli do nas Ala oraz Tuner i Aga, którzy zarezerwowali nam miejsce w jednym z gdańskich pubów, gdzie znów zagraliśmy w CAH, razem z Agi i Tunera rodziną, u której nocowali. Drinki na piwie, rozmowy i rozmówki, gra, która jednak już tak nie bawi, jak wspominaliśmy, powrót Doroty i fajnie spędzony wieczór.
Co znaleźliśmy w Biedronce pośród cukierków.


Lord Havelock Vetinari i jedyne słuszne uniesienie brwi.


A potem nadszedł czas, by ponownie się rozejść. Aga, Tuner i ich rodzina pojechali do siebie, zaś my... My wpadliśmy do KFC, by jeść tam głównie jedzenie niepochodzące z KFC i znów wróciliśmy do domu Halszki, by ponownie grać do samego rana, z tą różnicą, że tym razem nikt nigdzie już nie wracał na „noc”.

Zupki chińskie na sucho i słodkie bułeczki, czyli prawdziwe szybkie jedzenie.

Ostatnie żółwie tego konwentu.
I ponownie Johny Depp.
Sen nie sen, drzemki i półdrzemki na kanapach i w fotelach, Zosia odprowadza Alę na tramwaj, a potem my mamy odjechać, tylko, że... no, Zosia od soboty twierdziła, że mamy pociąg o 10.30, a nasz mózg nie załapał, żeby sprawdzić bilet i upewnić się, czy Zosia ma rację. W związku z czym zamiast jechać do domu, spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy wrócić następnym.


Zombi. 

Śniadanie.
A na koniec czekał nas bardzo ścisły grafik odprowadzeń, przed którym Zosia zabrała nas na niepłaskie forty.



Te forty są zdecydowanie zbyt pagórkowate.
By zacytować Zosię: „Hobbit”.
Po fortach: odprowadziliśmy Afro, odebraliśmy Krzywego i jego kolegę, a chwilę potem razem z Agą i Tunerem wsiedliśmy w nasz pociąg. Jeden i ten sam, ale w zupełnie innych wagonach. I to był koniec konwentu, nas czekało w Bydgoszczy czekanie przez trzy godziny, po dojechaniu do centrum, na ostatni bus do domu. Ale mamy spostrzeżenie podróżne jeszcze jedno. Gdańsk i okolice są dziwne, praktycznie zaraz za Trójmiastem prawie przestało odbierać nam radio w telefonie, za to gdy wjechaliśmy w kujawsko-pomorskie i przestroiliśmy to radio, odbierało nam Trójkę tak samo dobrze przez całą trasę do Bydgoszczy. Nie, nie powinniśmy przestroić radia wcześniej, bo próbowaliśmy co jakiś czas i „łapało” wciąż te same częstotliwości, co w Gdańsku. O ile można to nazwać łapaniem.

Podsumowując: mimo całego zmęczenia i tego, że wciąż jesteśmy jeszcze trochę obolali, było warto pojechać na te trzy dni do Gdańska i znów*** was wszystkich spotkać. Także do następnego. Oby nastąpiło jak najszybciej.


* Afro robi wyśmienitą małpkę, więc jesteśmy całkiem niezłym zwierzyńcem.
** Od dawna podejrzewamy, że to taka supermoc.
*** Tudzież po raz pierwszy.