wtorek, 23 kwietnia 2013

Dżdż

Uciekające mianowniki. Kryją się daleko w przeszłości przed oczami niecnymi i cnymi po równo, po prostu lubią. Tę swoją niszę w prahistorii zapomnianą, odtwarzaną tylko domyślnie. Bo dobrze jest tam być, a nie tu. Dla nich.

Jest dżdż, czy też raczej dżdżu, więc i dżdż gdzieś tam się w rdzeniu czai na niczego niespodziewającego się absurdyka. Chcąc zbić go z pantałyku, zaskoczyć, uśmiechnąć być może tak do urwania czubka głowy, choć nie z radości, raczej z wariactwa.

Właściwie to i jedno, czy dwa inne jeszcze są. Dżdżysty i jemu pokrewne -stemu, -stej, -sto i etc. Tylko ten mianownik tak jakoś gdzieś i inne poniekąd, choć gdy się spróbuje odmieniać, jak to polonistycznie zamiłowani, czy może tylko zakoniecznieni w zafiksowaniu na sprawdzaniu poprawności... więc, wtedy, gdy się - to brzmią te dżdże nie tak nienaturalnie jak w mianowniku, mniej dziwnie, zwyczajnie niepostrzeżenie, dyskretnie wręcz.

Mianownik za to dziwny swą mianownikością, powtórzoną sylabą, dwuznakiem, bezsylabiem, czy raczej monosylabiem, bezsamogłoskowością, tylko naszą - mówi o tym, co dobre, co mokre, co ciepłe, co przynosi zapach ziemi po dżdżu. Pachnie wiosną, oczyszczeniem, pachnie mokro.

Dżdż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz