piątek, 29 marca 2013

Żyrafy. Żyrafy wszędzie


Wszędzie. Nawet tam, gdzie nie. Zwłaszcza tam gdzie nie. I inne żyrafopodobne. My. Chociaż wcale nie, bo my to ja-człowiek-Igorina i ja-on-PT i ja-Gin-Arsis-M. Ale też trochę jednak tak, trochę żyraf i w ogóle może nam przejdzie za jakiś czas, a może zostanie albo ewoluuje, przepłynie w inną postać w inny ssak, albo i nie ssak, bo nozaur-gad.

Teraz tak. I napotykamy często, widzimy jak wcześniej nie widzieliśmy, uwaga się sama zwraca i jest jakby naturalnie więcej, a jak odejdzie, będzie mniej. Tak myślimy.

To nie natura zwierzęca, tylko... Pojawia się pomysł na żyrafa i on potem jakoś przechodzi na nas, jak z PT było, ale PT nie odejdzie, zbyt mocno jednak jest, zbyt bardzo częścią nas. A żyraf może tylko jeden i wszędzie ten sam, tylko się kryje, że nie, że więcej i w formie żeńskiej nazwany. To też myślimy, że tak, czasem poza myślami tymi poważnymi. Więc w sumie tytuł powinien być żyraf-pojedynczy, ale on też w kryptokwantach mnogości ukryty niepewny, niedookreślony. Albo może zupełnie inaczej i nie ogarniamy.

Was również może najść takie, albo inne słoniopodobne*. W formach wszelakich, fikcyjnych i prawdziwych swoich się objawić i przejąć. Wtedy nie trzeba uciekać, choć można, tylko przyjąć zobaczyć, pożyć, a potem jak się znudzi wyrzucić, egoistycznie, bo pocomito jak już niepotrzebne, zresztą ono też już nie chce tu u mnie, gdzie indziej chce, już nie wszędzie. Tam gdzie nie będzie nas. Ale nie PT.


* [tonem zdradzania wielkiej sekretności] Wszystkie są słoniopodobne**.
** Wszystkie.

wtorek, 26 marca 2013

Alternatywna klatka schodowa

Czyli w tym tygodniu nie będzie postu właściwego, w tym tygodniu będzie relacja z Pyrkonu. No chyba, że będzie nam się chciało i jednak napiszemy też post właściwy.

Relacja zaczyna się tak. Czyli od piątku, piątej rano i nieprzespania całej nocy, bo emocje, bo tak, bo to nasz pierwszy i w ogóle, że się nie obudzimy, więc nie zaspaliśmy przynajmniej. Więc o piątej pobudka, to jest wstawanie, za piętnaście, za dziesięć i ostatnie dopakowywania prowiantu na drogę i śniadanie i budzenie siostry, co jedzie tym samym busem do Bydgoszczy, co my i słuchanie marudzeń rodzicielki zbudzonej jakby nie mogła spać, szczęśliwie minimalnych. A potem wyjście na bus w zimnie porannym, plecak na plecach, śpiwór w ręku, karimata przy plecaku i czekanie na bus i trochę obawa, czy na Osowej nie utknie jak we wtorek ten sam na pół godziny, ale na szczęście nie i droga z siostrą szybko mija także wysiadamy z zapasem dużym w tramwaj i na dworcu komunikujemy się z Arsis jeszcze, co do pociągu, żeby w dobry wsiąść i trochę czekamy i muzykę w uszach i prawie nie na tym peronie, co trzeba jesteśmy, ale zmieniamy na dobry w odpowiednim czasie jeszcze.

Potem pociąg i nasze panikowanie trochę, bo dawno nie jechaliśmy i jakoś tak nigdy nie czuliśmy się odnośnie tej komunikacji pewnie, ale wszystko dobrze i Arsis znów widzimy i poznajemy wreszcie Zosię i również Halszkę i znów pociąg jak bus jedzie szybko, chociaż niby się wlecze jak to pociąg powoli, ale klasa druga jak pierwsza i wszyscy płacą bilety pełne, ale my mamy nasze antyskille na zniżki* i kupiliśmy przez siostrę za mniej. Więc jedzie szybko, rozmawiamy, słuchamy muzyk, gramy na komórkach i straszymy pana Niemca arsisową Berettą, but it's only a toy i zaraz Poznań i Tuner z Agą, choć zapowiadali, że bez Agi, to znaczy, że Aga będzie później i oni nas odbierają. Zostawiamy bagaże w Chemikum, które jest wydziałem chemii UAMu** i ruszamy w miasto, bo jeszcze czas i Arsis znika odebrać Zelka, a kiedy wraca już na akredytację Zelek z kolegą idą sobie gdzieś, bo coś, a akredytacja mija nam wolniej niż by mogła, bo pad serwerów*** i kiedy pad serwerów, co robi Pyrkon? Pyrkon robi meksykańską falę, Pyrkon robi samolociki z ulotek i pad serwerów się kończy. W międzyczasie Zosia znika, by odebrać Pondera, Arsis się pojawia i doczekuje na Zelka, ale bez kolegi, a my - to znaczy my, Aga, Tuner i Halszka - zaczynamy konwent, czyli złożyć bagaż w noclegowni i na pierwsze panele.

Pyrkolejka już po fali samolocików
Uzupełniamy identyfikatory
I zajmujemy sobie miejsce do spania na pyrkonowej podłodze

Na początek prelekcja o wahadłowcach mocno techniczna, lekko nudnawa, zbyt mało anegdotyczna, gdzie spotykamy Arsis i Zelka, to znaczy podejrzewamy, że to Zelek, ale nie wiemy na pewno, bo się nam nie przedstawia jeszcze, a przed końcem niecni znikają i dopiero potem się widzimy i oficjalnie już wiadomo, że Zelek to Zelek, a my to my. Po powiedzeniu nam cześć Arsis i Zelek znów znikają i poza chwilowymi spotkaniami, widzimy się dopiero w sobotę wieczorem coby się pożegnać z M., która wraca do domu w niedzielę z samego rana. No dobrze, Zelka spotykamy jeszcze po panelu analizatorskim w kolejce po autografy analizatrów ;) Ale ogólnie mieliśmy nadzieję, na spędzenie trochę większej ilości czasu z nimi, mimo zapowiedzi Arsis sprzed paru tygodni, że ona się nam dość szybko urwie.

Mogliśmy opisać siebie jako siebie, albo jako siebie, więc opisaliśmy  jako siebie, czyli nas
A tu opisani inni, jako inni, których można w internetach znaleźć i na Pyrkonach, a tak to możliwe, że wcale nie, bo są częścią naszych wyobrażeń, czyli żyją w naszych mózgach i są obecni tylko, gdy są obecne nasze mózgi

Potem... potem, nie pamiętam, co potem. Chyba łazimy po stoiskach z Agą i Tunerem, gdzie Aga ogląda nausznice, a my kupujemy Kosiarza i chyba jesteśmy jeszcze na czymś, bodaj na Śmierci na 1001 sposobów, ale rąk, ani innych części ciała i osobowości nie damy sobie za to uciąć i na godzinkę lecimy na Whose line is it anyway? ponieważ nie udaje się nam dowiedzieć, Dlaczego kot nie jest skarpetką z powodu oblężenia odnośnej sali, z którego to powodu jesteśmy strasznie zawiedzeni, bo fizyka kwantowa i takie, to my bardzo. Ale Whose też jest dobre, nawet jeśli nie aż tak zacne, choć pojawia się na nim człowiek-lego no i w games roomie gramy też w naszą trójkę i kolegę Agi i Tunera w Ghost Cośtam, to znaczy przegrywamy, ale i tak gra się świetnie.

My i człowiek-lego i jacyś inni ludzie

Później spotykamy resztę naszej Grupy Konwentowej, gdzie poznajemy (też wreszcie) Pondera, i Grafomankę, a także jej siostrę Eśkę i koleżankę Alę, która jest z nimi, coś przegryzając w międzyczasie i usłyszając z ust Zosi, skierowaną mądrość do uszu Pondera, skarżącego się na swoją niekumatość w kwestiach przestrzennych****, która to mądrość brzmi mniej więcej tak: "Jak ten jeden budynek to noclegownia, to logiczne, że ten drugi to ten trzeci", kupujemy z nimi kawę, którą logicznie wypijamy i Idziemy Na Śmierć!, czyli panel mocno polecany przez Agę i Tunera pt. Rozmowy o śmierci, który ma miejsce w jedynej sali, w której jest wręcz gorąco i który to panel jest mocno oblegany, więc siedzimy na podłodze całkiem z przodu, z boku i tak zacny, że aż szkoda, że nie trwa dłużej.

Dalej Aga i Tuner znikają do domó(w), a my odwiedzamy games room, gdzie gramy w Jungle Speed***** i pod przewodnictwem Pondera przez dwie godziny śpiewamy wszystko, co przyjdzie nam do głowy od jakichś metalowych utworów, przez rzeczy, które znają wszyscy nawet, jeśli się nie przyznają, po jakieś sieczki zupełne i to jest epickie, a potem idziemy na panel o robieniu wody w mózgu, czyli japońskie reklamy, ale wszyscy inni już tam są, więc wbijamy z ogromnym dziesięciominutowym opóźnieniem na bardzo ciekawe amerykańskie shorty, w połowie których zasypiamy, więc w okolicach czwartej w nocy postanawiamy obrać kierunek na noclegownię.

Sobota zaczyna się trzy godziny później, kiedy okazuje się, że nasz niespokojny umysł tak nas wywiercił, przez sen, że my w śpiworze i karimata obecnie tworzymy bardzo stylową literę V. Poza tym jesteśmy zmęczeni i kaaaaaaaaaaaaawyyyyy i idziemy grupowo kupić bilety na pociągi, bo wracamy różnie, ale z tego samego dworca, zwiedzamy stoiska gdzie nas dwoje nabywa plakietki Doctorowe.

"Dlaczego musieliście wybrać, akurat najbardziej złowieszcze?" -  Ponder

I rozchodzimy się różnie - my i Eśka ruszamy po autograf Jarosława Grzędowicza dla koleżanki Eśki i idziemy coś przegryźć, a gdy czekamy przy stoliku na Eśkę i Grafomankę dosiada się do nas Lech Jęczmyk, którego nie rozpoznajemy******, o czym dowiadujemy się stojąc w kolejce po autograf od Jacka Dukaja*******, a potem my dosiadamy się do niego (tzn. do L.J. nie J.D.), jak już Eśka dostaje swoje frytki. I zaliczamy kolejny flejm nie rozpoznając rozmawiającej z Jakubem Ćwiekiem, Ewy Białołęckiej. Tak. Więc zjadamy, to znaczy one zjadają, bo my już swoje zjedliśmy i czas jest na panel o Webkomiksie, z Kobietą Ślimakiem i Kariolką i człowiekiem, którego prawie nie kojarzymy, gdzie pojawia się i Kiciputek, do którego Eśka zagaduje po panelu i dalej inni znikają, a my i Eśka wbijamy się na panel o tym Dlaczego warto pisać mądre książki, bo tam potem będzie Dukaj, to znaczy już między innymi on jest, siadamy na podłodze z tyłu, gdyż aula duża cała zajęta i szkoda trochę, że nie od początku w ogóle tam jesteśmy, bo to interesujące i już po przesiadamy się na podłogę z przodu przy ścianie i słuchamy tego właściwego na, co przyszyłyśmy i może nawet też byśmy zapytali (to znaczy ja i on) o coś - konkretnego w sensie, bo mamy pewne, co nas nurtuje i chcielibyśmy wiedzieć - ale mamy niedonośny głos i w ogóle i standard, więc nie pytamy, tylko siedzimy i słuchamy jak pytają inni i co odpowiada i w ogóle coraz bardziej człowieka lubimy, a potem po autograf i czarne pióro i dla kogo i cholera mamy jakiś dziwny fetysz na charaktery pism chyba, sami nie wiemy dlaczego i skąd, ale tak najwyraźniej jest i to nas rozbawia lekko złośliwie w posmaku. Także, czego żałujemy teraz to tyle, że to był taki najgęstszy czas, że w tym samym, co spotkanie, był też konkurs Doctorowy w anglojęzycznej i o serialach fantastycznych w Wielkiej Brytanii (ten już po polsku), a my niekwantowi nie mogliśmy być i na tych. 

My i Jacek Dukaj
Our pressssssssszysssssss

Dalej lecimy znów do sali gorącej jak demony na panel Kobiety Ślimaka z Zosią i Ponderem, co nam zajmują miejsce się tam spotykając i jest Kiciputek, jak i był przy panelu o webkomiksie, gdzieś z boku tak tutaj z przodu siedzi, od czasu do czasu coś wtrąca, a po oni idą jeszcze gdzieś, a my zostajemy, bo Aga i Tuner się pojawiają i słuchamy prelekcji o polskich duchach, co jest nam pokrewne fascynacjom o pogańskich wierzeniach, przy nie do końca kontaktującym rzutniku. A po, już nie załapujemy się na loterię Rebelową, ale nicto w sumie i tak w domu nie mamy z kim grać, to zwiedzamy stoiska znów i idziemy na konkurs Dyskowy, w którym nie przechodzimy eliminacji, a mimo to wiemy więcej odpowiedzi niż ci co przeszli i zostajemy jako widzowie i lecimy jak się kończy na drugą połowę koncertu zespołu Deriglasoff, który jest świetny nawet jeśli na co dzień innych słuchamy trochę, ale i tak i scena się prawie zapada, a potem podobno pod następnymi już zupełnie i jest też Zosia z Ponderem, ale idą spać i Arsis z Zelkiem, których nie ma są też indziej gdzieś, tak, że na zapowiedziane piwo ruszamy z Agą i Tunerem tylko my. Tak, że dzień nam się kończy w okolicach pierwszej, podwiezieni pod Pyrkon przez rodzica Tunera idziemy spać, jeszcze tylko - jak wspomnieliśmy - zbaczając ku Arsis i Zelkowi, coby się pożegnać.

Niedzieli początek przypada na okolice ósmej trzydzieści i jakieś dwie godziny naszego umierania z głodu, jako takiego ogarniania swoich rzeczy, coby potem na szybko się nie pakować, nie pójście na panel o Douglasie Adamsie i w okolicach dziesiątej zwiedzenie najbliższej Żabki z zakupieniem jakowegoś prowianto-śniadania. I chodzimy trochę po stoiskach, gdzie jeszcze kupujemy Straż Nocną, a inni inne i pytamy Agę i Tunera w games roomie gdzie jakąś kawę dostać i nie idziemy na miasto, tylko przy stoiskach bierzemy i przy stoliku siadamy i wypijamy i mija nam już zmęczeniosenność potworna jakaś.

Czapka Ooda, przez niewtajemniczonych być może brana za czapkę Cthulhu
I kolejne nasze nabytki, czyli powiększanie kolekcji przy każdej możliwej okazji

A potem panel analizatorski już jest, gdzie słuchamy o blogaskach i innych co analizatorzy robią i podchodzimy do, po podpisy na identyfikatorach konwentowych i jest dobrze i znów mamy chwilę przerwy i to chyba jednak wtedy dopiero ta kawa, a potem zamiast (nie)prawdy w Lodzie, Przegląd seriali fantastycznych, gdzie pod koniec my z Alą, z którą wcześniej w dniu okazuje się mamy ten sam pociąg, idziemy do noclegowni już do końca się dopakować, zaczekać na znajomych jej i na PKP kupić bilety (to znaczy oni, bo my już mamy) i wsiąść z ostatnią porcją lekkiego panikowania naszego, kiedy wszystko jest ok i znów pociąg mija szybko i Bydgoszcz i podwiezienie na busowy przystanek przez mamę Gosi-znajomej Ali, która ma tak samo na imię jak my i godzinka czekania i godzinka jazdy i dom.  

W domu poniedziałek i odespanie do popołudnia późnego i jak dobrze mieć wolny ten dzień i jedziemy jeszcze raz za rok i może nawet na inne, to się zobaczy, ale dobrze było być. 

Pyrinformator i pyrrozpiska paneli oraz planu pyrobiektów


* Czyli antyumiejętności, za które dostaje się bonusy. 
** W każdym razie tak mniemamy, ale w sumie może też być żółtą łodzią podwodną, albo czymś.
*** Choć namawialiśmy chochlik Gooseberry nie pojawił się osobiście, więc musiał przynajmniej namieszać.
**** Swoją drogą, podczas tego konwentu naszedł nas wniosek, że wcale nie jest z nami w tym względzie tak źle jak myśleliśmy. Może zresztą staliśmy się po prostu uważniejsi.
***** Które tym razem obywa się bez ofiary z krwi.
****** Co za flejm.
******* [skaczą z radości z powodu tego autografu, że aż się podłoga zarywa i spadają piętro niżej obijając sobie tyłki i dobrze, że nic innego, ani nie mocniej, bo odporni są]


wtorek, 19 marca 2013

Nie napiszemy o Sherlocku.


Nie napiszemy o Sherlocku. Nie napiszemy o Sherlocku. Nie napiszemy o... Zaczęli kręcić Sherlocka. Wczoraj.



No i napisaliśmy*.


A teraz wpis właściwy.

Piórnik - pojemnik na pióra.

Czyli o znaczeniu słów, bo słowa mogą znaczyć różnie, ale fajnie jest tak czasem spojrzeć na ich rdzenie i formanty (końcówki) i zobaczyć skąd one się wzięły**, a jeszcze lepiej jak można zejść głębiej do przemian, jakie przechodziły i jakie były - zapewne - pierwotnie. Ale to drugie, to już zabawa dla bardziej zaawansowanych i o wynikach jedynie spekulatywnych, nawet jeśli prawdopodobnych.

Tak więc: piórnik, czyli to, w co większość wcale nie wkłada już dziś piór (choć w liceum, pamiętamy, koleżanka piórem pisała). Narzędzie-pojemnik używane w wieku szkolnym (głównie) do przetrzymywania długopisów, ołówków, cyrklo-gumko-ekierko-kątomierzy i wielu innych rzeczy, co tylko się zmieści, jakby one tam chciały. A nie chcą, one są wolne, nie lubią być zamykane. Lepsza już kieszeń w plecaku, spodniach, na przestrzeniach otwartych najlepiej leżąc gdzieś na wierzchu z pewnością, że w każdej chwili już za moment, jeszcze trochę i to duże na nogach sięgnie, użyje zgodnie z przeznaczeniem nie będzie udawać, że nie ma, nie istnieje, kryć przed światem niepokazywać, jakie ma.

Na poziomie studiów ta wiedza klaruje się, choć u większości tylko podświadomie. Że piórnik to anachronizm, może gadżet być jak Doctorowy, Sherlockowy czy w jakim fandomie się jest, ale nieużyteczny dla rzeczy wolnych, gdy minimalizuje się ciężar noszony przy sobie o te najlżejsze drobiazgi zbędnością niepotrzebne. To znaczy piórniki nie są złe***, tylko po co skoro można bez i nie trzymają w sobie piór. Pióra tylko czułyby się w środku dobrze, a wieczne to zwłaszcza, na zamykanie-otwieranie od narodzin nastawione.



* Wszyscy piszą o Sherlocku. Nawet Metro napisało o Sherlocku.
** Znaczy słowa, nie formanty. Formanty to inna para czegośtam.
*** Naprawdę nie są.

sobota, 16 marca 2013

Przerywnik

W oczekiwaniu na jedną z rzeczy karmiących nasz absurdalny mózg*, oglądamy jej trailer:



Za tydzień będziemy razem z Arsis, Zosią i Ponderem (i paroma innymi osobami też) na naszym pierwszym Pyrkonie, co nas cieszy niezwykle. Nie przeszkodzi nam to oczywiście w napisaniu notki. Na notkę zawsze znajdziemy czas. [udają, że pod pisaniem notek, nie kryje się zmyślny plan objęcia władzy nad światem, bo przecież wcale, ani trochę tak nie jest, a nawet gdyby było to i tak nie mają szans na jego zrealizowanie]  
Gin&PT


* A jest tych rzeczy całkiem sporo i przybywają wciąż nowe.

środa, 13 marca 2013

Rumurutity i brachiator


Czyli dziwne słowa, które świetnie dla naszych uszu brzmią, a o których można napisać wpis. Nie powiemy wam, co znaczą - to by było za proste. Możecie poszukać sami jeśli was intrygują (nas by zaintrygowały jakby ktoś nimi zaatakował, jak bezbronna owieczka kładąc przed nosem i tym, co po jego bokach, zupełnie bez kontekstu). Może zresztą wiecie.

Rumurutity i brachiator. Dużo głoski r, którą można wymawiać na sposoby. Głoski, która brzmi nawet tylko w głowie. I innych, gdy trafia się słowo. Wyrywa na moment czytacza z tego, o czym mówi tekst.

Rumurutity. Brachiator. Nie trzeba tworzyć nowych, dziwnych, egzotycznych dla kory osłuchanej z czym innym na co dzień. Choć i takie są przydatne. Ale nie zdarzają się spontanicznie tak często jak te, co już są i nawet mają ogólnie przyjęte sensy. A spontaniczność jest ważna. Żeby natknąć się na, przypadkowo i myśleć, że brachiator brzmi tak jak dinozaur, a zupełnie nie jest.

wtorek, 12 marca 2013

"Rzeźnia numer pięć" Kurta Vonneguta

Najdziwniejsza literatura obozowa jaką zdarzyło się nam czytać.

Smith per Tennant

czwartek, 7 marca 2013

Pokój bez drzwi to tylko pokój bez drzwi

Kilka mamy takich w domu, a nawet parę, jeśli nie liczyć tych niedokładnie pokojowych i jeśli za pokój liczyć kuchnię. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego, są bez drzwi bo tak po prostu, bo mama nie chciała, albo co, więc nie bardzo wiemy po co piszą nam jakieś takie, że jak pokój bez drzwi to coś musi znaczyć. I jeszcze nie dodają, co. Ale to i może lepiej, że nie robią tym bezdrzwiom i ich pokojom wiwisekcji, psychoanaliz. Nasuwa się nam wtedy myśl o tym jak powiedział ósmy Doktor: problem z ludźmi jest taki, że widzą wzorce tam, gdzie ich nie ma. Dopiero jak się już się o tym wie, że my tak robimy, że nasze mózgi są bardzo na to wyczulone-przeczulone można przestać je... dobra, właściwie to nie można*, ale można zacząć celowo widzieć wzorce tam, gdzie ich nie ma, a to już wyższy stopień postrzegania. Ale nadal nie ma sensu nadawać znaczeń bezdrzwiowym pokojom, chyba, że się znajdzie dobry dla takich sens.

Jest za to sens w liczbach z urojeń. Sens złośliwy-luźnościowy. To znaczy one generalnie i właściwie istnieją, ale nie w sensach, w jakich ich używamy, czyli w sensach, które sobie uroiliśmy i (tudzież) w sensach nie stricto liczbowych. Czyli, można powiedzieć są to liczby sensu largo - i słusznie, bo zwykle w naszych użyciach odnoszą się do sporych wielkości. Ciekawym przykładem jest tu liczba zylion**, o której nie mamy przekonania, ani też pewności, czy aby na pewno jest liczbą, ale dobrze się nadaje do wykorzystywania, kiedy nie ma się możliwości, albo chęci (albo i tego i tego) coby się posłużyć dokładnością. Inne dwa przykłady to trollowe dużo*** i mnóstwo, które funkcjonują podobnie jak zylion z tym, że nie mają pozoru dokładności. Jakkolwiek, celowe użycie ich w kontekście bardzo wręcz dokładnościowym mogłoby wprowadzać interesujące elementy do dyskusji i prowokować efekty.

Są też liczby po prostu dobre i sporo takie ma, choć zwykle nieodpowiednio do nich podchodzi. Na przykładzie: dobra dla nas cyfra osiem. Mogłaby nas mama nie donaszać i urodzić w tym miesiącu, ale to nie w tych szpitalach, no i byłby to wtedy inny miesiąc naszych urodzin, niż jest, a szkoda by było, bo ten, co mamy z nazwy lubimy, chociaż poprzedni też nie taki zły, ale jednak nie aż tak, żeby lepszy. Zresztą zawsze mamy dzień. W każdym razie dobrze jest mieć taką magiczną liczbę, tylko bez magii. Że jak się pojawia to nie myślimy "O, będziemy mieć dobry dzień/szczęście" i ona, ta liczba to sprawia****, tylko uśmiecha nas zwyczajnie wewnętrznie i przez to dzień staje się trochę lepszy od razu, bez czekania na jakieś specjalne. Więc to z tymi liczbami tak.


* Poza tym, kto by chciał.
** Jedynka i ogromne mnóstwo zer.
*** Cztery. W każdym razie dla trolli.
**** Jak większość tych, co wierzy w takie, uważa, że powinna. Ale nie, bo to w końcu tylko liczba, nie znak, czy magiczna siła.

piątek, 1 marca 2013

Skryjmy się pięć metrów dalej, w tym samym korytarzu

Uczelnia zdecydowanie daje nam sporo pomysłów na wpisy absurdalnikowe.

Siedzimy sobie, tudzież stoimy po feriach i po sesjach, czekamy na zajęcia i przychodzą do nas myśli, choć w sumie teoretycznie jeszcze nam mózg nie wszedł na pełne obroty*. Stoimy więc, rozmawiamy, notujemy myśli, żeby nie uciekły, a ćwiczeniodawczyni nie pojawia się. W sumie dobrze, bo lubimy ten czas przed/pomiędzy. W sumie źle, bo zajęcia ostatnio w dużej mierze ciekawe. Ale cóż, nie poradzi się, tylko przychodzi dziwaczna myśl, lekko złośliwa w posmaku, żeby się skryć. Najlepiej w tym samym korytarzu kilka metrów dalej w miejscu, w którym skryć się nie da**. Chociaż, gdyby trochę pokombinować*** na pewno znalazłby się sposób. Albo kilkanaście.

Tymczasem ziewać, przyjąć wytłumaczenie, że środek dojazdu się zakopał czy coś, i pozwolić mózgowi słuchać tego, co jest istotą bycia akurat tam.


* Standard dla niego, gdy musi wstać o piątej rano.
** Absolutnie i przed niczym, tudzież nikim.
*** Niech no tylko mózg się nam rozgrzeje.